Wpisy otagowane jako xabea bonomiella

  • Grudzień, 2010
  • Śnieżnie i grudniowo

    ..albo je
    Bella śpi..

    Znowu odśnieżanie tych strasznych białych mas co to zasypały nam dom i ogród nocą. Dzień był tak szary jak na zdjęciu po lewej. Ohydnie bury, zimny i nieprzyjazny!

    Człowieczek z szuflą, widoczny przy ulicy, to umęczony ciężką, fizyczną pracą Piotr tuż po zakończeniu walki z "białym szaleństwem" i utorowaniu pojazdowi wyjazdu.

    Z uprzątaniem śniegu z przed bramy za każdym razem ta sama polka: śnieg co to napadał w nocy już świtem zgarniany jest pługiem z jezdni na chodniki, wjazdy i wyjazdy. Co uprzątnięte jednego dnia, zasypane w kolejnym. Fajne, co? Dodatkową "atrakcją" zimy są spadające z naszego dachu z hukiem i łomotem masy śniegu w postaci lawiny. Rozrywka to wątpliwej jakości, ale widowisko przednie. Lawina dachowa co raz to obsuwa się znienacka i raczej biada temu, kogo by zaskoczyła!

    Zima dopiero się rozpoczęła, a mamy jej całymi naszymi sercami dosyć. No może z wyjątkiem Moni i Pampusa. Tym dwóm młodym oszołomom podoba się aktualny stan i do upadłego uprawiają gonitwy w śniegu. Pozostałe psy nie zdradzają najmniejszej chęci wystawienia nosa czy tym bardziej ogona poza drzwi. Trzeba je namawiać do wyjścia, a Bellę wręcz oburącz wypychać, bo dobrowolnie sama by chyba nie opuściła naszego łóżka, w którym to większą część dnia się wyleguje. Mnie też nic się nie chce gdy niebo koloru owsianki (fuj-fuj!!) , a brak możliwości spaceru po lesie przyprawia mnie niemal o klaustrofobię. Leżymy więc sobie razem: ja i Bella. Ona w ciąży, ja w oczekiwaniu na tych co to w jej brzuszku. Jeszcze prawie cztery tygodnie!
  • Apetyt na wszystko

    Posiłek. Z lewej Simonka, z prawej Bella
    Bella jest cztery tygodnie i takie dobre trochę w ciąży, i chyba już widać, że grubsza. Widać?? No powiedzcie, proszę, że widać, bo nie mogę się doczekać tego ciążowo powiększonego brzucha, szczeniąt i całej z tym związanej radości oraz zamieszania wraz z postawieniem domu na głowie gdy tylko szczenięta się urodzą. Na razie wszystko dobrze. Bellcia przy apetycie, zresztą jak zwykle, bo jeść to moje psy lubią bardzo. A co jada Bella? Na razie swoją normalną eukanubę z niewielkim dodatkiem karmy dla szczeniąt. Gustuje poza tym we wszystkim co my spożywamy, a że serca u nas miękkie i wola słaba, to i nie odmawiamy jej niczego. Bella chce pomarańczę to dostaje kawałek i o dziwo smakuje jej, chce owczy ser - proszę bardzo - zjedz piesku serek, plaster żółtego ementalera czy wędliny - nie ma sprawy. Jedz, słoneczko jedz - przemawia do niej czule Naczelny i podtyka co najlepsze pod nos. A ona jak odkurzacz zasysa do swego wnętrza wszystko co jadalne.

    Mam wyrzuty sumienia, że coś jej zaszkodzi, że przytyje za mocno, albo że rozbestwi i rozkaprysi się ponad normę, a mimo tego też nie potrafię jej niczego odmówić. Bella więc albo je, albo śpi i śni o jedzeniu.

    Spacery nam się skończyły bo las zasypany śniegiem. Pola również nie do przebycia. Ubolewam nad tym faktem i liczę, że aura jednak się zlituje i przyjdzie odwilż wcześniej niż wiosną, bo bardzo mi naszych codziennych wędrówek brakuje.
  • Marzec, 2010
  • Pampus, Bella i macierzyństwo

    Skoro Artur w poprzednim wpisie nawiązał do psiego papu i (nie)kwapienia się do blogowania, to kontynuując temat psich upodobań żywnościowych, kwapię się donieść, że Pampus namyślił się i pożera swoją eukanubę zawzięcie i z apetytem. Przełom nastąpił wczoraj, szczeniak nagle zaczął chętnie jeść, mało tego, zwyczajem moich psów po skonsumowaniu swojego, sprawdza czy być może nie zostało coś do spożycia w cudzych miskach. Widać, zadomowił się na dobre. Już wie na co może sobie pozwolić, czyj ogon może tarmosić, a czyj nie. Śmieszny i zabawny piesek z niego: udaje już dorosłego psa molestując Monię aż do upadłego, a po chwili sprawdza z nadzieją na mleko sutki u Belli. A właśnie, o Belli powinnam wspomnieć, odchowała dopiero co czwórkę i ma się dobrze, a nawet bardzo. Nasza Bella, Alma Mater - matka rodu, w sumie szesnaścioro dzieci wydała na świat, wykarmiła, wychowała. Z tak licznego potomstwa w domu pozostała tylko Monia, traktowana przez Bellę ciągle jak małe szczenię, chociaż ta wzrostem dawno już ją przerosła. A i Pampusowi Bella czule matkuje. Kochane moje suczydło!
  • Styczeń, 2010
  • Imiona szczeniąt oraz kto dla kogo

    Przy Belli. Pierwsza od frontu N-Classic Simonne, za nią Nino Rotus, z tyłu od lewej Nathalina, od prawej Nelson Admiral.
    Imiona dla szczeniąt już wybrane. I tak to pierworodny nazwany został Nelson Admiral, a imię dla niego wymyślone przez Gosię i Dominika z Krakowa. Nie muszę chyba nadmieniać, że Nelson w Krakowie zamieszka. Drugi synek Belli nosi imię Nino Rotus, ładnie i dźwięcznie, a nie ma w tym mojej zasługi lecz przyszłej rodziny Nina z Warszawy, a w szczególności p. Beaty, ktora już liczy dni do czasu aż go zobaczy. N-Classic Simonne wygląda jak kopia małej Lasimonne, spełniło się więc od dawna oczekiwane życzenie p. Weroniki, jest więc dla niej Simonka, taka sama jak ta moja, choć nie ta sama. Właściwie od pierwszego spojrzenia na małą Simonkę wiedziałam, że właśnie ta sunia pojedzie do Poznania. No i ostatnia urodzona dziewczynka... Nathalina, a imię dla niej wybrane zostało już dawno, długo przed jej urodzeniem. Wnikliwie czytający mojego bloga znają Natalię, znają też jej Doveya i Messiego ode mnie, wiedzą jak bardzo Natalia zaangażowana jest uczuciowo w wychowanie swoich psów, jak bardzo się o nie troszczy. Dlatego Nathalina, jak Natalia. Pozostaje mi mieć nadzieję, że p. Kasia z Chodzieży, czekająca na Nathalinę, zaakceptuje jej imię. Może też z racji niedalekiej odległości od Poznania uda się jej zaznajomić z Natalią, z Doveyem i ze starszym braciszkiem Nathaliny - Messim, który tak bardzo do niej podobny.

    Przy okazji wspomnę, że następne szczenięta oczekiwane są na przełomie lutego i marca po naszej Lasimmone, zwanej w domu Simonką. Jeszcze niedawno szczeniuś, a dzisiaj już dorosła psina. Ach, leci ten czas... Ojcem kolejnych Bonomiellek będzie Ch. Pl. Tagri Edcher YESTERDEY GOOD BLEES. To na pociechę dla tych, dla których zabrakło tym razem szczenięcia. Zabrakło nie dlatego, że kogoś pominęłam, że zlekceważyłam, że nie chciałam, ale dlatego że Bella urodziła tylko cztery szczenięta.
  • Hurra! Mamy szczenięta!

    Wczorajszy dzień rozpoczął Naczelny komunikatem: Bella nie jadła. Aha, znaczy to, że za kilka, najpóźniej kilkanaście godzin zaczną się rodzić szczenięta. Mamy jeszcze trochę czasu więc sprawdzanie czy wszystko na poród przygotowane, wzajemne uspokajanie się, że będzie dobrze, bo to przecież nie pierwsze dzieci Belli, że spokój najważniejszy, że wszystko pójdzie gładko, byle się nie nakręcać i nie irytować na zapas. Aby się odprężyć biorę Miśka i idziemy na długi spacer. Potem obiad, a po nim nic się nie dzieje, Bella dalej bez apetytu i bez jakichkolwiek oznak zbliżającego się porodu. Dopiero wieczorem psina zaczyna dyszeć, rozkopywać legowisko, przemieszczać się raz tu, to znowu tam, nigdzie jej nie pasuje, tu niewygodnie, tam niekomfortowo.

    Ponad trzy godziny trwa niepokój, Bella dyszy i prze, w efekcie jej trudu pęka pęcherz płodowy, za chwilę powinno urodzić się pierwsze psie dziecko. Chwila przeciąga się w godzinę, brak jakiejkolwiek akcji, z nerwów jestem bliska obgryzania paznokci. W końcu zaczyna się akcja porodowa. .. i ustaje. Piesek jest tuż tuż przy WYJŚCIU, wkładam palce w Bellę i wyczuwam pazurki szczenięcia, nie mogę go jednak chwycić, bo za daleko, bo za ciasno... Mija następna godzina, Bella prze, ale słabo, szczenię ciągle uwięzione, zakleszczone, nie ma mowy aby go wydobyć. Nastrój mam bliski paniki powiązanej z rozpaczą, wyciągam Bellę z jej porodowej skrzyni aby się przeszła i poruszała, spacerujemy po domu w te i nazad, Bella zaczyna znowu przeć, więc szybki powrót do skrzyni, i za moment JEST! Żywy, głośno kwilący piesek. Ach jaka ulga i jaka radość! Zapisuję godzinę 22.40, kładę pieska na wagę i oczom nie wierzę 620 gramów! No nie, tak dużego szczenięcia jeszcze u nas nie było! Oglądam go dokładnie, śliczny chłopiec, kolor złoty. Wycieram go do sucha i przystawiam do zachwyconej mamy, widzę tę znaną mi radość w jej oczach, napięcie moje i jej ustępuje od razu, a mały, dopiero co urodzony wie jak dostać się do maminego sutka i po chwili już ssie.

    Bella odprężą się, wylizuje synka., świat znowu jest różowy i na swoim miejscu. Odpoczynek, zachwyt nad pierwszym urodzonym i znowu parcia. Godzina 23.45, mocne parcie, rodzi się kolejne szczenię. Suczka. Czerwona z czarną maską. Trochę mniejsza niż braciszek, ale też nie ułomek, bo o wadze 580 gramów! Bella zajęta wylizywaniem córeczki i jakoś nie zauważa, że tymczasem wysuwa się z niej już następne dziecię... Wysuwa się, ale nie do końca. Głowa z otwartym pysiem na zewnątrz, reszta w mamie, a ta zajęta wylizywaniem wcześniej urodzonego dziecka i nic do niej nie dociera... Wiem, że muszę coś zrobić, muszę pomóc choć tremę mam nieziemską. Wstrzymuję oddech, chwytam to na wpół urodzone szczenię, okręcam lekko, ciągnę.... JEST! Chłopiec! Czerwony. Rety, znowu ogromny, 600 gramów! Żywotny, dziarski, piszczy głośno. Uff, czuję jak uchodzi ze mnie wraz ze stresem powietrze, oglądam pieseczka, śliczny jest, przystawiam do Belli, a on natychmiast zaczyna ssać. I znowu zachwyca mnie MATKA NATURA tak mądrze obdarowująca instynktami rodzących i narodzonych!

    Trzy szczenięta, czyżby to już koniec porodu.. Nie, jeszcze jedno na pewno się urodzi, brzuch Belli ciągle napięty, ona zaś zmęczona po ciężko rodzącej się trójce dzieci, ucina sobie drzemkę. Mija godzina, potem kolejna, Zmieniła się data. Mamy już 2 stycznia 2010, czas 2.40. O własnych siłach przychodzi na świat ostatnie szczenię, Śliczna dziewczynka ważąca 520 gramów! Koniec rodzenia, czworo psich dzieci, cztery zachwycające mnie i Bellę szczenięta, jedno złote, trzy czerwone, wszystkie silne, bez wad, wszystkie zapowiadające się po mamie i tacie na piękne shar peie. Jestem dumna z mojej Belli i bardzo szczęśliwa!

Strona 5 z 9, łącznie 42 wpisów