Wpisy otagowane jako ludzie i psy

  • Maj, 2009
  • Mały labek

    Noc mieliśmy niespokojną. Gdzieś z daleka dochodziło nas coś jakby pisk, jakby skomlenie, ale nie sposób było zlokalizować kto skomle i gdzie. Psy moje podniecone i poirytowane biegały po schodach w te i wewte, Tequilla powarkiwała, Bella momentami wyła. Wyjście w nocy z psami do ogrodu też niczego nie wyjaśniło, pokręciły się tylko wzdłuż ogrodzenia i wróciły do domu po to aby za jakiś czas znowu siać niepokój.
    Sprawa nocnego zamieszania wyjaśniła się. Otóż sąsiedzi sprawili sobie szczenię labradora. Labek jest maleńką, siedmiotygodniową suczką, dopiero wczoraj zabraną od mamy i rodzeństwa. Szczeniaczek nie będzie mieszkał w domu, jego pańciowie przygotowali dla niego budę, w której maleństwo, rzewnie płącząc spędziło całą noc.
    - Musi się przyzwyczajać - poinformowano mnie.
    Zrobiło mi się smutno. Nie wiem jak oswoić się z myślą, że tuż obok za płotem rozpacza w budzie psie dziecko. Będzie mu trudno. Mnie również.
  • Grudzień, 2008
  • Naczelny, parówki i Tequilla

    Już drugi tydzień mam zagipsowaną prawą rękę. Nie ma się czym chwalić, niedyspozycja i moje chwilowe kalectwo to żaden powód do dumy. Barometr mojego humoru wskazuje głęboki niż, w domu zrobić mogę niewiele, jedynie obsługiwanie komputera lewą ręką jeszcze jakoś mi idzie. Posiłki przygotowuje Naczelny, który wymyślił dzisiaj na obiad parówki. Najpierw ugotował je, ułożył na talerzach dla mnie i dla siebie, następnie swoją parówkę starannie obrał ze skórki, po czym zaczął się nią po kawałeczku dzielić z Tequillą. Tequi żarłoczna, więc cała kiełbaska szybko zniknęła w jej gardzieli.
    A co zrobił mój mąż? Ano zjadł skórkę! Ponoć mu smakowała.
  • Kwiecień, 2008
  • Rozważań na temat posiadania psów ciąg dalszy

    Nieprawdą jest, że tylko wybrani posiadacze psów mają szanse na zwycięstwa. Wszyscy mogą tak czy inaczej zdobywać laury, jeżeli nie na wystawach, to na pokazach i różnych zawodach. Nie wszystkich bawią publiczne występy. Mają więc swoje pieski, jak to się potocznie mówi, tak do kochania. Ciekawe, że tacy ludzie gotowi są mnie przekonywać, że tylko oni prawdziwie kochają swoje psy. Że inni, którzy czerpią z tytułu ich posiadania jakieś korzyści czy satysfakcję na ringach, nie są prawdziwymi miłośnikami psów. No bo zmuszają je do rozrodu i w ten sposób zarabiają na nich, każą im wykonywać różne ćwiczenia do występów na wystawach zdobywając medale i puchary, które ich psa nic obchodzą, itd. W pewnej mierze rozumiem taką postawę, bo jeśli ktoś ma "kurdupelka", którego nikt nie podziwia i za nic nie chwali, to nie raz chce wszystko wynagrodzić pupilowi. On nie jest dla pańcia tym brzydkim kaczątkiem, tylko tym najmądrzejszym i najwierniejszym towarzyszem życia. Gdyby nie było takich ludzi, to by się błąkały po naszych ulicach całe watahy porzuconych psów. Ta szlachetność ludzka nie stoi jednak w sprzeczności z uczuciami tych, którzy pragną dodatkowych satysfakcji, a nawet korzyści, np. z prowadzenia hodowli. Jest rzeczą naturalną, że pies w pewnych okresach pragnie się zbliżyć do suki, jak również jest czymś naturalnym macierzyństwo.

    Ostatnio pojawia się coraz więcej głosów w prasie kynologicznej, że psy i suki nie przeznaczone do rozpłodu trzeba kastrować. Moim zdaniem, nie tędy droga, bo tu milcząco się zakłada, że psy mogą biegać sobie samopas. Łatwo inaczej nie dopuścić do niepożądanego krycia: po prostu nie spuszczać suki ze smyczy w czasie cieczki. Inni współczują szczennej suce, że się męczy. Jednak po ciąży i bólach porodu zdrowe szczenięta z pewnością uszczęśliwiają matkę. A że się młode póżniej sprzedaje, co w tym jest zdrożnego? Wiem, że gdy nabywca zapłaci mi godziwie za rasowe szczenię, to najprawdopodobniej należycie zadba o nie. Nie odsprzeda nikomu, bo nie uzyska wyższej ceny niż zapłacił, a tym bardziej nie pozbędzie się go wyrzucając na ulicę. Jeszcze jak mu przy odbiorze przypomnę, że będę się dowiadywać, jak nowy właściciel daje sobie radę, to przecie do czegoś go zobowiążę. Poza tym hodowla kosztuje. I cóż w tym złego, że wpadnie parę groszy na poprawę bytu moich psów? Czy to stoi w sprzeczności z moimi psiarskimi uczuciami? A wystawy. Nie tylko sędzia ocenia przyprowadzonego psa (mówią, że wystawca psa doprowadza - czy niby jak aresztanta? Fuj, jakie to brzydkie określenie), ale i ja przyglądam się innym zwierzakom, porównuję z moim, a potem wyciągam odpowiednie wnioski: czy powinnam lepiej zadbać o kondycję, o szatę czy też o tuszę mojego ulubieńca. A może powinnam nauczyć go lepszych manier, czy dodać w czymś odwagi? A może wszystko jest OK, a ja przedtem szukałam tylko dziury w całym? Idźmy dalej. Mam na myśli występy sprawnościowe psów, np. agility. Widziałam jak psy z radością wykonują ćwiczenia, których się wcześniej nauczyły. No i patrzcie, czy to nie piękne? Czy przewodnik może nie cenić i kochać takich psów?
  • Marzec, 2008
  • Zapytania o szczenięta shar-pei i inne rozmówki

    Najczęściej odbieram telefony z zapytaniem o cenę shar-pei. Wielu chciałoby nabyć szczenię nie rodowodowe. Takie rozmowy są zawsze krótkie i mnie nie interesują. Inni chcą czegoś bliższego dowiedzieć się o rasie, której jeszcze nie znają. Zadają głupsze lub mądrzejsze pytania, a przed pożegnaniem się mówią, że jeszcze zadzwonią. Wtedy wiem, że nie zadzwonią więcej. Ci co znają shar-pei choćby z opowiadania są już potencjalnymi nabywcami, ale rzadko kupują, bo albo żona musi się męża zapytać o zgodę (takich potencjalnych chętnych mogę z góry odfajkować), albo jest im za daleko przyjechać do mnie, albo by chcieli, lecz nie w tej chwili. Niektórzy ludzie wciągają mnie w długie rozmowy telefoniczne wywnętrzając się ze swoich "psiarskich" kłopotów, a nawet zdarzyło mi się wysłuchiwać zwierzeń po stracie ulubionego kotka. Są więc psychicznie nastawieni tylko na odbiór, traktując mnie jak "wiadro", do którego można przelać to, co ich najbardziej w danej chwili gnębi. Rozumiem ich, choć staram się nie naśladować.

    Denerwują mnie natomiast ci, którzy po zapewnieniu, że przyjadą w określonym dniu obejrzeć moją hodowlę, nie zjawiają się i nie uprzedzają o rezygnacji z wizyty. Niestety lekceważąca niesłowność w stosunkach międzyludzkich stanowi przywarę wielu Polaków. Może jestem zbyt uwrażliwiona na te sprawy, ale w domu wpojono we mnie punktualność i poszanowanie cudzego czasu. Nawet gdy amator na pieska czy obejrzenie hodowli obiecawszy wizytę rano, zjawia się późnym wieczorem, też nie postępuje elegancko.

    Czasami odbieram telefony od ludzi proponujących mi usługi ich psa reproduktora, który jako bez rodowodu de facto reproduktorem nie jest. Dzwonią też ludzie proponujący mi swojego psa, choć zrzeszeni są w innej organizacji kynologicznej niż ja. Mam tu na myśli Klub Psa Rasowego. Dziwne to telefony. Rozmowa zwykle przebiega krótko, zainteresowany chce swoim psem zarobić parę złotych i nie pomyśli nawet, że jego propozycja jest po prostu żenująca. Telefony od właścicieli psów bez papierów, którzy szukają dla nich suk, to już jakaś plaga. Opowiadała mi znajoma z Warszawy, że pewien człowiek proponował jej swojego bezpapierowego psa dla jej rodowodowej i hodowlanej suki, a gdy spotkała go stanowcza odmowa, zapytał:
    - A może ma Pani jakąś starą sukę? Mój pies też by ją pokrył.
    Brzmi to niemal jak anegdota, niestety to ponura prawda o kynologicznej nieświadomości neszego społeczeństwa.

  • Luty, 2008
  • Pies na wsi

    Po kilku latach zamieszkiwania na wsi zauważyłam, że tu stosunek do zwierząt jest chyba bardziej merkantylny niż w mieście. O wiele mocniej dba się o trzodę, po której spodziewane są zyski w postaci brzęczącej monety lub w naturze. Pies stanowi coś w rodzaju dodatku do gospodarstwa. Czasem bardziej jest przydatny kot, bo łapie myszy. Te zaś częściej nachodzą domostwa niż złodzieje, przeciw którym ma gospodarza bronić pies.

    Na wsi pies stróżuje w każdym gospodarstwie. Plączą się niekiedy małe kundelki przynoszące radość dzieciom. Uczucia do psów naszych wiejskich gospodarzy są często nieco inne niż mieszczuchów. Tu nikt się nie trzęsie nad zdrowiem Brysia. Jeśli nie jest pięknym okazem swej wielorasowości, to nabyto go za darmo, a ofiarodawca czasem musiał postawić butelczynę za uwolnienie się od zbędnego zwierzęcia. Ma pilnować obejścia i zbyt drogo nie kosztować. Najlepiej, jak zwalniany z łańcucha, sam zadba o siebie. Dowodem na to była jedna krótka rozmowa z przypadkowo napotkaną wiejską kobieciną. Pochwaliła urodę mojego psa, ale z pewnym smutkiem dodała:
    - O, taki duży pies to się sam nie wyżywi.

    Oj, ludzie, ludzie....

Strona 1 z 5, łącznie 22 wpisów