Wpisy otagowane jako dom

  • Maj, 2008
  • Mamy w domu dziesięć psów!

    Trudno uwierzyć, ale mamy w domu dziesięć psów! Cztery dorosłe i sześć szczeniąt. Rety!! Na tym nie koniec bo lada moment przybędą nam dzieci Tequilli. Ponoć od przybytku głowa nie boli... Nie wiem kto wymyślił to powiedzenie, ale z pewnością był to ktoś, kto nie miał pod opieką szczeniaków! Nie zrozumcie mnie źle, nie narzekam, wręcz przeciwnie, cieszę się ogromnie. Tak długo czekałam na te upragnione szczenięta! W ciągu ostatnich dwóch lat mieliśmy tylko jeden niewielki miot trzech szczeniąt, a było to tak dawno, że już prawie zapomniane. Szkody wyrządzone w domu przez wspomnianą trójkę już dawno naprawione, niebawem dzieci Belli i Tequilli pokażą do czego one są zdolne. Cały dom przestawiony na odchowanie maluchów. Bella wraz ze skrzynią pełną swojego przychówku została przeprowadzona do naszej sypialni. Mądra sunia nie protestowała, nowe miejsce zadowala ją w takim samym stopniu jak poprzednie. Ja sypiam na poddaszu, Naczelny w poszukiwaniu spokojnego kąta przeniósł się z pościelą na parter.
  • Wraz z psami przyjmujemy gości

    Nasze psy mają gości

    Pomału zaczynają odwiedzać nas przyszli rodzice adopcyjni dzieci po Belli i Tequilli. Nie tylko ja nie mogę doczekać się na małe shar-pei`e.

    Wczoraj gościliśmy Natalię wraz z mamą. Bardzo sympatyczne spotkanie. Misiek i Bella pełnili honory gospodarzy zajmując sobą obie panie bez reszty. Głaskanie, pieszczoty, podlizywanie się, a potem zgoda na obfotografowanie. Rondel i Tequilla zchowywały typowy jak na shar-pei`a dystans.

    Dla Natalii ma urodzić się suczka, tak zostało postanowione już dawno. Po wczorajszej wizycie i przytulankach z Miśkiem, Natalia nie jest już pewna czy wolałaby suczkę czy pieska. Wie na pewno, że shar-pei`a. Oj, Misiek potrafi być przekonywujący, że chłopak też jest dobrą rzeczą...

  • Marzec, 2008
  • Wicher wieje

    Prawie cały dzień beż prądu i bez wody. Na zewnątrz wichura i to jaka! Jest ciemno. To dobrze, przynajmnej nie widzę co wyprawia orkan Emma. W dzień Naczelny umacniał naszą słabowitą altanę. Bez sensu. Parę godzin później już jej nie było. Odleciała wraz z wiatrem w nieznane. Pocieszam się, że mamy jeszcze dach nad głową, przykro byłoby gdyby pofrunął za altanką. Wieczorem straszyły mnie wieści z telewizora: gdzieś się urwało, gdzieś zawaliło, gdzieś kogoś przygniotło.
    Psy grzeczne jak trusie. Jeszcze. Niebawem to się zmieni. Tequilla od dzisiaj ma cieczkę.
  • Luty, 2008
  • Z życia wzięte

    Dziś wpis mało poważny, bez refleksji, za to z paroma fotkami z życia wziętymi..

    Dzień bardzo zimny, ale słoneczny. Misiaki zostały zapakowane do samochodu i wywiezione w plener. Zamierzałam sfotografować wszystkie na raz, ale gdy tylko podniosłam klapę to dwa sprytniejsze wyskoczyły w mgnieniu oka, a w aucie pozostały tylko Belcia i Misiek. Auto po złożeniu tylnych siedzeń staje się na tyle przestronne, że zmieściłyby się w nim nie cztery shar-pei, ale sześć. Rachunek prosty - mam deficyt w postaci dwóch psów! Nic to, nadrobię...

    Po spacerze obiad dla strasznie wygłodzonego Piotra. Fotka z pewnością zadziwi tych, którzy podejrzewają, że jedynym serwowanym przez nas produktem spożywczym jest sucha karma dla psów. Na zdjęciu niezbyt wyraźnie widać co to takiego Naczelny ma na talerzu, więc jako dowód kolejna fotka, ale już z samym, apetycznym jedzonkiem.

    Przyznaję, że gotowanie nie jest moją pasją, czasami jednak udaje się mi wyczarować coś jadalnego. Tym razem to naleśnik. Wiem, danie proste i nieskomplikowane, ale za to jakie smaczne! Trudno powiedzieć kiedy znowu uda mi się ugotwać coś co się nie przypali, nie będzie za blade lub za zielonkawe. Ten naleśnik, będący w moim mniemaniu kulinarnym arcydziełem, zasłużył na uwiecznienie.

    Czasami Bella towarzyszy nam przy posiłkach. Tak długo jak leży zwinięta w kłębek i morduchę ma pod stołem, jest tolerowana. Na zdjęciu widać ją w trakcie ewakuacji z miejsca przy stole. Minę ma wyraźnie stropioną. Cóż, sama sobie winna. Złamała zasadę niewychylania się ponad krawędź stołu.

    zaraz pojedziemy
    smacznego!
    domowe jedzenie
    i po obiedzie
  • My i nasze psy, czyli codzienność

    Nie wychodzilam dzisiaj z domu bo kuruję kolejne już tej zimy-nie-zimy przeziębienie. Naczelny nie wyszedł z domu bo ja nie wyszłam. Psy nie miały spaceru, wyszły tylko do ogrodu i wykopały w poszukiwaniu gryzonia kolejny rów przy czym ubabrały sie ziemią "po pachy" i wraz z tym brudem wpakowały się do domu. Osłablam. Piotr zajęty przekrawaniem bardzo ostrym nożem z piłą na pół bułki zaoferował się, że sprzątnie po psach, po czym zaciąl się tak paskudnie w dłoń, aż krew kapała na podłogę. Zapomniałam o psach i natychmiast zaproponowałam, że założe mu klamerki na ranę. Zakładanie klamerek na psią skórę idzie mi sprawnie, wreszcie nadarzyła się sposobność wypróbowania urządzenia na skórze ludzkiej! Niestey skończylo się na tradycyjnym opatrunku, bo mój ślubny nie zaakceptował pomysłu klamrowania swojego ciała. Sprzątać po psach musiałam sama, Piotr siedział z ręką uniesioną ku górze z miną ofiary. Zostawiłam go w cierpieniu, wyciągnęłam Belli z paszczy sporą, ukorzenioną kępę trawy, wrzasnęłam strasznym głosem na Tequillę, która usiłowała porwać nie do końca przekrojoną bułkę, zmieniłam spodnie, w które podczas opatrywania Piotra Rondel wytarł swoją mokrą i utytłaną ziemią papkę, umyłam podłogi. Przypomniało mi się, że muszę jeszcze powiesić pranie... W łazience, w koszu z upraną bielizną, na wierzchu wylegiwał się Misiek. Pranie powędrowało po raz kolejny do pralki, Misiek zmył się zanim dosięgła go moja ręka.
    Zastanawiam się jak to jest w innych domach gdzie mieszkają ludzie z psami...

Strona 3 z 4, łącznie 19 wpisów