Wpisy otagowane jako dom

  • Grudzień, 2010
  • Trwamy

    Dzień minął na walce ze śniegiem (ja), gotowaniu (też ja), sprzątaniu (ja!) i takim ogólnym wierceniu się w koło (Piotr). Mowy nie ma aby ruszyć się z psami poza dom, bo las i pola zasypane już totalnie, a po zasolonym chodniku spacerować nam się nie uśmiecha. Tkwimy więc w domu i trwamy jak mawia Naczelny.

    Od dzisiaj mierzę Belli temperaturę ciała. Stała i cyklicznie powtarzana czynność u moich suk w terminie bliskim godziny ZERO. Na razie brak podniecających wieści, Bella w dobrym nastroju, wyglądająca na zadowoloną z siebie i otaczającego ją świata, a jej temperatura ciała to normalne dla zdrowego zwierza 38 stopni. Codzienne pieszczoty i głaskanie przyrastającego brzuszka stały się dla mojego suczydła rytuałem bez którego nie potrafi się obejść i przynajmniej raz na dwie godziny wywala się słodko na grzbiet tylko po to aby ją po brzuchu posmerać. Strasznie to fajne uczucie nie tylko dla niej, ale i dla nas. Tymczasem reszta stadka zorientowała się co w trawie, a raczej w Belli piszczy i ciekawie próbuje zbliżyć się do psiej mamy najbliżej jak tylko ta pozwoli. Dystans jednakże jest utrzymywany. Psiarnia może podejść do Belli od jej frontu, ma przyzwolenie aby zajść ją od tyłu, może ją wąchać, dotykać i trącać byle nie w okolice brzucha. Ta strefa jest dla Belli pobratymców zakazana i przy najmniejszej próbie przekroczenia dozwolonej granicy nasza ciężarna oznajmia groźnym warkotem STOP, tak że psy mimo że ciekawskie niezmiernie, trzymają się od jej boczków z dala. Żaden z nich nie ma odwagi zadrzeć z psią mamą. I słusznie.

    P.S.
    Godzina 23. Termometr zaokienny wskazuje minus 17. Za parę godzin ma być jeszcze zimniej. Trwamy!
  • Czerwiec, 2010
  • Niedziela w Lesznie i w Goli

    Natalia z Doveyem pojechali do Leszna na wystawę. Cel wiadomy: CWC. Młoda postanowiła przywieźć kolejny złoty medal i przywiozła. Z mojej strony radość i gratulacje. Tak trzymać i wytrzymać!

    My natomiast spędziliśmy cały dzień w domu. Ja na błogim nic-nie-robieniu, Naczelny - nieznoszący bezczynnego siedzenia w miejscu, wziął się za odnowienie tabliczki informującej, że za ogrodzeniem naszego terenu znajdują się psy. Chciał coś zmienić, jako że stary tekst opatrzył mu się i znudził. Podsunęłam więc mu parę zdań pasujących moim zdaniem na szyld:

    1. Witamy u Bonomielli. Wstęp tylko dla poważnych kynologów. Składki w złocie proszę zostawiać w jednej ze skrzyń przy wejściu. Proszę nie zabierać poprzednich datków. Dziękujemy za uczciwość.

    2. Witamy u Bonomielli! Prosimy nie karmić zwierząt, nie palić, nie śmiecić, nie pluć i nie deptać trawnika. Życzymy miłego dnia.

    3. Witamy u Bonomielli. Prosimy zachować ostrożność! Poniżej znajduje się deklaracja twojej jadalności. Prosimy ją podpisać przed wejściem na nasz teren. Psy bardzo się irytują, gdy dostają niestrawności.

    Na tabliczkę wybrany został wariant czwarty, wymyślony i zaakceptowany przez Piotra: UWAGA PSY! Niech i tak będzie... Ludzie nie lubią czytać przydługich wywodów.

    Poza tym czujemy się świetnie. Mnie co prawda bolą szczęki od żucia gumy, ale trzymam się dzielnie i nie palę. Już blisko trzy tygodnie!

  • Grudzień, 2009
  • Nieco aktualności

    Dzień mamy krótki, nastrój przedświąteczny i pewnie tylko co poniektórzy wiedzą i pamiętają, że sezon wystawowy trwa cały rok. W lutym wystawa Walentynkowa w Bydgoszczy, a na niej zapowiedziany przez Natalię debiut Messiego. Oj, będzie się działo! Chętnie pojechałabym zobaczyć jak młody prezentuje się w klasie jeszcze szczeniąt, ale w tym czasie będą dorastały przebywające ciągle w brzuchu dzieci Belli, więc o żadnym wyjeździe mowy być nie może.

    Bella coraz grubsza i coraz szersza. I słodka i pieszczotliwa się zrobiła jak nigdy dotąd. Głaszczemy więc i przytulamy, a reszta stadka trochę zazdrosna. Czulę się z Bellą i zaraz, za moment jako pierwsza zjawia się Simonka, wkłada mi nos pod łokieć i prosi: mnie też! za chwilę Monia łapie mnie za przegub ręki, ona też chce by ją przytulać, Misiek i Tequilla również w tym samym czasie żądają abym tylko im poświęciła uwagę, a zaraz potem przybiega Maxie, przewraca mnie swoim olbrzymim cielskiem na podłogę, wszystkie psy na to wiwatują z radości, w końcu mogą dopaść mnie ze swojego poziomu.

    Naczelny dzisiaj na moje zapytanie , czy wie co jest moim największym szczęściem, odpowiedział: "ja, twój największy pies!"
  • Listopad, 2009
  • Niepogoda

    Maxie woli leżenie na sofie niż spacer w niepogodę
    Dzień zaczął się ohydnie, śnieg przechodzący w deszcz, do tego wiatr. Nikt nie chciał wyjść z domu, jedynie Cheri z zaciekawieniem wypełzła na nieznane jej białe coś, ale tak jak szybko wyszła, tak szybko wróciła. Siedzimy więc smętni w domu i czekamy na poprawę aury. Moje shar peie gdy nie mają spaceru to i tak się wybiegają po ogrodzie, wyszaleją okrążając galopem wielokrotnie dom, gorzej z bullmastiffką. Ona nie daje się się porwać do biegu pozostałym psom i dzień bez spaceru to dla niej dzień bez ruchu. Na spacer nie dała się wyciągnąć. W sensie dosłownym. Wierzcie mi, jeśli bullmastiff iść nie chce, to zaprze się, nie pójdzie, i nie ma zmiłuj się. Cała nadzieja w zapowiadanej poprawie pogody, do końca tygodnia ma być znośniej. A właśnie, na koniec tygodnia, a dokładnie na sobotę zaplanowane jest Maxine zamążpójście. I znowu mnie coś interesującego ominie, bo Naczelny jedzie z psicą na amory beze mnie. Znowu, bo Bella też bez mojego towarzyszenia właśnie wyszła za mąż. Odliczamy więc czas i czekamy na szczenięta.
  • Lipiec, 2009
  • Skandal z bramą

    Donoszę, że szczenięta mają się dobrze, że znowu urosły, że są śliczne i oczy cieszą. Pogoda niestety nie sprzyja, malce w domu to i zdjęć nowych nie ma, może jutro.. Może. Muszę przedtem złapać pion po ostatnich wydarzeniach związanych z tym co działo się przy naszej bramie wjazdowej. A dziać zaczęło się już przed czterema miesiącami gdy ruszyła rozbudowa drogi przy której w bliskiej odległości owa wspomniana brama stoi. Cztery miesiące robót drogowych były dla nas pewną uciążliwością, no bo albo korki, albo inny zator spowodowany np. wylewaniem asfaltu i do domu dojechać nie sposób. Psy miały za to frajdę i z uwagą przez bramę śledziły co to też za nią się dzieje.

    I tak to przez całą wiosnę były świadkami budowy nowej nawierzchni, a gdy nastało lato zrobiło się jeszcze ciekawiej, bo przyszła kolej na budowę chodnika. Chodnik z eleganckiej kostki został położony po prawej i po lewej stronie bramy, środek ział trudną do przebycia wyrwą co jakiś czas przez ekipę budowlaną naprawianą. Projektanci drogi i chodnika nie bardzo wiedzieli jak tu dopasować kostkę czy jak obliczyć spadek terenu prowadzący do mojej bramy i zwlekali. Przeczuwając kłopoty już zawczasu wystosowałam pismo do właściwego urzędu, że droga, że chodnik, ale wjeżdżać na mój teren jakoś muszę i niwelacja w głąb mojej działki konieczna. Licząc na zdrowy rozsądek budowniczych nie przejmowałam się specjalnie tym co dzieje się po drugiej stronie bramy, aż tu nagle przedwczoraj na widok akcji przed moim ogrodzeniem dostałam szoku. Zobaczyłam szalunek na wysokość co najmniej 50 cm, wyrównany do jego wysokości spad terenu i gorączkowo krzątający się robotnicy.

    Poczułam się jakby chciano mnie żywcem zamurować, a przynajmniej odciąć na zawsze od świata. Z ekipą budowlaną niestety nie udało nawiązać się pozytywnego kontaktu, słyszałam tylko, że muszą skończyć drogę, że nic nie mogą poradzić, że mieszkam za nisko, że muszą nawiązać do położonego już chodnika, a czy ja wjadę do siebie czy nie to już nie ich sprawa, oni mają na uwadze jedynie budowę i goniące ich terminy. Absurd totalny! Naczelny ocenił sytuację jako beznadziejną i wycofał się do domu, ja zostałam na polu bitwy. Bić się co prawda nie było z kim, dyskutować też nie, więc na odsiecz wezwałam najważniejszych z gminnego urzędu i czekałam aż przyjadą. Tymczasem sytuacja zrobiła się jeszcze bardziej nerwowa, bo pojawił się wielki pojazd z betonem i tylko czekał aż będzie miał na tyle wyrównany teren aby opróżnić na niego swoją zawartość. Robotnicy pracowali gorączkowo i widać było, że spieszy im się aby wylać beton zanim odsiecz przybędzie.

    Minęło tylko parę minut i ekipa mająca mnie ratować przed zabetonowaniem stała już pod bramą. No i zaczęło się. Dwie strony, jedna tak, druga owak, a ja pomiędzy nimi z moimi wątłymi argumentami. Długo trwały pertraktacje, zdążyłam ochrypnąć od przekrzykiwania jakiegoś wściekłego pneumatycznego ubijaka, spalić sobie od słońca nos i porządnie zgłodnieć. W końcu mogłam ogłosić, że wygrałam rundę. Szalunek został rozebrany, nawieziona ziemia wybrana, stan poprzedni przywrócony. Ustalono, że brama zostanie podniesiona wyżej, że teren będzie zniwelowany w głąb naszej działki, że wjazd i wyjazd będzie możliwy, że koszty poniesie ktoś tam, i że nie będzie więcej powodu do irytacji. I tak się stało!!

    Zamieszania przy tym trochę było, bo musieliśmy na czas prac tj. 2 dni, wzdłuż terenu zamontować prowizoryczne ogrodzenie aby czworonogi nie poszły sobie w świat. Psy były trochę zdziwione co to za dziwna siatka, ale przyjęły zmianę spokojnie i obserwowały przez nią co robią ludzie i ich maszyny. Jedynie Misiek zdenerwował się na widok ładowarki i ruszył na nią groźnie, zapominając, że przed nim druciana sieć. Wpadł w nią głową tak, że ta znalazła się po drugiej stronie, ale szczęśliwie nie pokaleczył się i nie zerwał prowizorki. Dzisiaj już wszystko w normie, tzn, brama stoi, podjazd porządnie zbudowany, chodnik położony, emocje opadły.
    Wydarzenie godne opisania w jakiejś księdze absurdu.

Strona 1 z 4, łącznie 19 wpisów