Wpisy otagowane jako zachowanie psów

  • Maj, 2012
  • Przewidzenia i komiczne pomyłki

    Dzień rozpoczął się nietypowo, bo wyjątkowo głośno. Hałas, który w ogrodzie uczyniły z samego rana moje zwykle spokojne shar pei`e, postawił z pewnością na nogi całą, jeszcze zaspaną okolicę.

    Działo się...

    Ledwie psy wyszły z domu za poranną potrzebą, "COŚ" za ogrodzeniem przykuło ich uwagę, przestraszyło, rozgniewało i gwałtownie podniosło im poziom adrenaliny.

    I tak..

    Monia, drąc się bez przytomności, próbowała skokiem sforsować ogrodzenie.
    Zbyt gruba i za ciężka Simonka, w nadziei prześliźnięcia się pod płotem na drugą stronę, zawzięcie i w tempie godnym mistrza świata kopała pod siatką dół.
    Pampek, nie przerywając ustawicznego szczekania, roztrzęsiony biegał wzdłuż płotu w te i we wte.
    Afera, wsparta przednimi łapami na furtce, wyła jak dzikie zwierzę, a nasza zwykle rozumna Bella solidarnie sekundowała najmłodszej.

    Powodem niecodziennego zamieszania wśród psów, było coś nieznanego im za płotem, w odległości około 100 metrów. Coś dużego, czarnego i wyglądającego groźnie. Coś, co przy wybujałej wyobraźni i autosugestii można by wziąć za przyczajonego kota nadnaturalnych rozmiarów.

    Nie, nie.. Nie był to żaden kot, żadne zwierzę, żaden intruz, a jedynie niewielki kopczyk popiołu, pamiątka po wczorajszym ognisku.
    Spokój wśród rozjuszonego stadka nastał dopiero wtedy, gdy Piotr uprzątnął popiół, wyrównał ziemię.
    Jeszcze przez godzinę poirytowane stadko podbiegało do płotu wypatrując czy aby obcy-strasznie-wielki kot znowu się nie pojawił.

    Strach ma wielkie oczy, a nienawiść moich psów do kociego gatunku jest niewymierna.
  • Grudzień, 2010
  • Trwamy

    Dzień minął na walce ze śniegiem (ja), gotowaniu (też ja), sprzątaniu (ja!) i takim ogólnym wierceniu się w koło (Piotr). Mowy nie ma aby ruszyć się z psami poza dom, bo las i pola zasypane już totalnie, a po zasolonym chodniku spacerować nam się nie uśmiecha. Tkwimy więc w domu i trwamy jak mawia Naczelny.

    Od dzisiaj mierzę Belli temperaturę ciała. Stała i cyklicznie powtarzana czynność u moich suk w terminie bliskim godziny ZERO. Na razie brak podniecających wieści, Bella w dobrym nastroju, wyglądająca na zadowoloną z siebie i otaczającego ją świata, a jej temperatura ciała to normalne dla zdrowego zwierza 38 stopni. Codzienne pieszczoty i głaskanie przyrastającego brzuszka stały się dla mojego suczydła rytuałem bez którego nie potrafi się obejść i przynajmniej raz na dwie godziny wywala się słodko na grzbiet tylko po to aby ją po brzuchu posmerać. Strasznie to fajne uczucie nie tylko dla niej, ale i dla nas. Tymczasem reszta stadka zorientowała się co w trawie, a raczej w Belli piszczy i ciekawie próbuje zbliżyć się do psiej mamy najbliżej jak tylko ta pozwoli. Dystans jednakże jest utrzymywany. Psiarnia może podejść do Belli od jej frontu, ma przyzwolenie aby zajść ją od tyłu, może ją wąchać, dotykać i trącać byle nie w okolice brzucha. Ta strefa jest dla Belli pobratymców zakazana i przy najmniejszej próbie przekroczenia dozwolonej granicy nasza ciężarna oznajmia groźnym warkotem STOP, tak że psy mimo że ciekawskie niezmiernie, trzymają się od jej boczków z dala. Żaden z nich nie ma odwagi zadrzeć z psią mamą. I słusznie.

    P.S.
    Godzina 23. Termometr zaokienny wskazuje minus 17. Za parę godzin ma być jeszcze zimniej. Trwamy!
  • Sierpień, 2010
  • To już 6 tygodni ze szczeniętami

    Dasz misia?
    Nie ma mowy!
    Pampus korzysta z nieobecności maluchów i ukradkiem dobieraja się do ich zabawek.
    Ani zdążyłam się obejrzeć, a tu 6 tygodni minęło w tempie przysłowiowego strzału z bicza. Szczenięta podrosły i usamodzielniły się. Nie wynoszę ich już od ogrodu, same wybiegają za mną jak kurczęta za kwoką. A spieszą się przy tym tak jakby się obawiały, że ominie ich przyjemność buszowania w trawie. Z trawą i szczeniętami mamy pewien problem: otóż malce nie tylko biegają po zielonym, ale próbują to jeść. Aby odwrócić ich uwagę od zjadania wszystkiego co wyrasta z ziemi, staram się zorganizować im sensownie czas na świeżym powietrzu organizując plac zabaw jak dla dzieci. Wynoszę im na dwór ich kocyki i ręczniki, i to nie do leżenia, ale do przeciągania z miejsca na miejsce, do wzajemnego siłowania się w taki sam sposób jak się przeciąga w zabawie linę. Zabawki ku uciesze malców i zazdrości Pampusa też wychodzą z nami z domu. I tak kilka razy dziennie. Powrót z ogrodu do domu nie przebiega już tak sprawnie jak uprzednie wyjście. Maluchy, mimo że zmęczone gonitwą i pokładają się gdzie bądź, ale nie kwapią się z powrotem do swego dziecinnego pokoju. Noszę je do ich lokum po dwa, a dorosłe psy mi sekundują. Najbardziej nasza ciężarna Simonka zainteresowana jest dzieciarnią. Sprawdza co robią, gdzie chodzą, zagania na przeznaczone im miejsce gdy uzna, że za bardzo się oddaliły, a przy tym aktywna jest bardzo i widać, że opiekę nad maluchami traktuje bardzo serio. No tak, przyszła mama wprawia się.
  • Listopad, 2009
  • Sąsiedztwo

    Parę miesięcy temu wspomniałam w blogu, że w moim najbliższym sąsiedztwie pojawiło się szczenię rasy labrador. Ze szczenięcia wyrósł młody psiak, no i zaczęły się kłopoty. Nie, nie, labek jest grzeczny, nie wadzi nikomu, podchodzi tylko do ogrodzenia i wpatruje się w moje psy. Simonka na widok labka daje nura pod siatką (tylko ona opanowała technikę przeczołgiwania się) i już jest po drugiej stronie, no i zaczyna się gonitwa i zabawa.
    Biorę obrożę i smycz, sprowadzam uciekiniera, przepraszam sąsiadów za zamieszanie. W sumie drobiazg. Gorzej natomiast z resztą psiej bandy - widok brązowej mordki z żółtymi ślepkami przyprawia moje stadko o szaleństwo trudne do opanowania. Maxie zauważyła, że darcie mordy na Labka w dobrym tonie, więc nie gorsza od shar pei. Stado robi hałas na całą okolicę, sąsiedzi drżą i załamują ręce. Wygląda na to, że trzeba będzie postawić mur.

Strona 1 z 1, łącznie 4 wpisów