Wpisy otagowane jako upalne dni

  • Lipiec, 2010
  • Nic prostszego

    Pani Marta wspomniała o wysokiej temperaturze.
    24h/7 dni
    To pierwszy od lat, udany końcu sezon urlopowy ;-) I tak go traktujemy. Poranny spacer wypada między 5 a 6:30 w zależności jak bardzo zmotywujemy się do wstawania by cieszyć się kolejnym wspólnym dniem. Potem zaś oddajemy się błogiemu leniuchowaniu, które zwykle sprowadza się do poszukiwania najwygodniejszej pozycji do leżenia i odkrywania miejsca najchłodniejszego. Po otwarcie lodówki jeszcze nie sięgnęliśmy, ale to nasz as z rękawa, którego nie zawahamy się użyć. Początkowe trudności z adaptacją do egipskich warunków, zwalczyliśmy wspólnie mocno zakorzenionym uporem. A co tam.
    Kto pamięta auta bez klimatyzacji? Błękitna strzała nagrzewa się tak, że wypadam z niej niczym grzanka z tostera. 50, 60, a nawet 70 stopni w kabinie plus parząca kierownica, aby wyostrzyć zmysły. A mimo to napiszę, że to nic. Auto nadal posłusznie pomaga mi w codziennych sprawach, a ja po chwilowym przewietrzeniu wnętrza zamykam okna. Wariactwo? Skąd, to kwestia przyzwyczajenia i nastawienia. Kwadrans w aucie sprawia, że po wstępnym zaparzeniu, gdy wysiadam czuję się jak młody bóg - odczuwam chłód na zewnątrz! Wszystko bowiem zależy od punktu odniesienia.
    Wakacyjna przerwa
    Mo istotnie nie wie już gdzie ma zalec. Zapowiedzi deszczu na dzisiaj to czcze gadanie. Spacery ograniczają się do wyjścia za potrzebą (5 - 15 minut), a o wycieczce autem zrezygnowana Morcheeba nawet nie marzy. Doskonale wie, że to zbyt niebezpieczne. I aby urozmaicić nam ten marazm, przy wejściu do klatki naszego bloku zagnieździły się mrówki. Temat został szybko opanowany przez spryskanie podłogi przedsionka mordercą w aerozolu. Stąd Mo od dwóch dni jest wynoszona "na siusiu" i wnoszona w drodze powrotnej, dokładnie tak samo jak jedenaście miesięcy temu. Wydaje mi się jednak, że trochę się psince przybrało od tamtego czasu. Za to zdziwienie Mo z okazji wystąpienia tego procederu - bezcenne!
    Mo opanowała także jedzenie na leżąco. I jedyne co mi spędza sen z powiek, to nieścierane pazury...
  • Jest nam wszystkim strasznie gorąco

    Obrazek zapożyczony stąd
    Aura oszalała, to już nie europejskie lato lecz subtropik! Gorąco nam, gorąco psom, gorąco szczeniętom. Martwię się o moje dyszące czworonogi i czuję się przy tym tak jakby sytuacja wymknęła mi się spod kontroli.

    Misiek ledwo łazi, a właściwie snuje się tylko z kąta w kąt.
    Simonka i Pampus w poszukiwaniu chłodu przeprowadzili się do łazienki.
    Bella i Cheri przesypiają całe dnie.
    Tequilla - matka bohaterka - przy szczeniętach daje z siebie wszystko, a widać jak jej ciężko.
    Za gorąco!

    Temperatura w domu osiągnęła nieznośne i trudne do wytrzymania 28 stopni. Wszyscy, tzn. i my i psy ratujemy się przed wyschnięciem wodą mineralną. Hektolitrami wody mineralnej!!
    Ogrodu uratować się nie udało. Kwiaty padły, trawa zżółkła. Wszystko uschło.

    Informacja dla Natalii czekającej na zdjęcia piesków w plenerze: szczenięta gdy podrosną nie będą fotografowane w zielonej trawie lecz na pustyni.

    W oczekiwaniu na chociaż niewielkie ochłodzenie pozdrawiam wszystkich tu zaglądających.

  • Bingo!

    Lato przylazło, spacyfikowało nas i uwięziło w domu. Mo już sama nie wie, jak i gdzie się ma położyć, aby było choć trochę chłodniej i dało nieco wytchnienia. Całymi dniami przewraca się z boku na bok, sapiąc ze zmęczenia i wzdychając tęsknie za zimą.
    Nie pozostało mi więc nic innego, jak użyć (za)klęcia na czym świat stoi. No i we wtorek, zawirowało, zagrzmiało i się spełniło: spadł deszcz a wraz z nim temperatura! Po przeszło tygodniowym wegetowaniu w cieniu mieszkania i walaniu się pokotem po podłodze, mogliśmy pojechać do lasu na spacer z prawdziwego zdarzenia. Pierwsze sto metrów pokonywaliśmy przez kwadrans. Mo wyjątkowo długo zajęło załapanie realności wydarzenia i przegonienia z myśli wrażenia obcowania z fata morganą, która byłaby całkiem na miejscu, uwzględniając ostatnio panujące upały, odzierające z siły i woli, na cokolwiek, gdziekolwiek i jakkolwiek. Niepewnie, powoli stawiane pojedyncze kroki, niczym rekonstrucja zdarzeń sprzed czterdziestu jeden lat, bez równych dwóch tygodni! "Mały krok..."
    !
    Nareszcie!
    A potem? Wyprane zielone, późno-wieczorowa pora i długo oczekiwane 16 stopni, pozwoliły nam na dwie godziny przebieżki. Morcheeba była tak szczęśliwa, że na propozycję odpoczynku po sześciu kilometrach, wzdrygnęła się tylko i kazała gonić. Tak, jak sama pogoniła sarnę i przepięknego, dorodnego byka.
    To chyba najpiękniejszy prezent, jaki mogła sobie wymarzyć i zapragnąć nasza psinka z okazji ukończenia trzynastego miesiąca

Strona 1 z 1, łącznie 3 wpisów