Wpisy otagowane jako spacer psów

  • Listopad, 2011
  • Spacery dwóch psów

    Trawersem w lewo, czy w stronę słońca?
    Wszędzie jest coś ciekawego. Ale każdy ma inne zainteresowania. Negocjacje niezbędne.

    Wyprowadzanie dwóch psów, nie wydaje się niczym nadzwyczajnym. Pozorne złudzenie oczywistości, znika bezpowrotnie wraz z kolejnymi przechadzkami. A tak dokładniej, na pierwszej. O ile wspólne przygotowania, zakładanie szelek i beztroski bieg po schodach w dół, to radość w czystej postaci, o tyle opuszczenie piętra, jednoznacznie a nawet i dwu, sprowadza rozmarzoną głowę na ziemię.
    Dawno już pisałem, że spacer jest dla psinek, a nie dla osoby, formalnie dołączonej do smyczy. A ponieważ nie potrafię zaakceptować wychodzenia osobno, spacerujemy stadem. W tym tkwi ambaras, aby dwoje chciało na raz… iść w jedną stronę. Mo jest bowiem typem gumowego ucha, wszystko musi wiedzieć, dokładnie obejrzeć od pierwszej sekundy do końca i jeśli warto powąchać – minimetr po minimetrze. Isia skolei musi być wszędzie jednocześnie, z każdym się przywitać, do każdego podejść i/ lub dogonić. Łatwo więc zauważyć, że cel i motywacja do działania, wzajemnie się uzupełniają w bogactwie możliwości scenariuszy, tworząc kompletną całość z dwóch totalnie odmiennych części. A moja rola: być spoiwem. Łatwo powiedzieć.
    Minął już rok i muszę przyznać, że nieco się wyrobiłem. Spoiwem nie jestem, ale mediatorem i owszem. Ustalanie kompromisów w czasie rzeczywistym opanowałem wyśmienicie, choć przyznaję, że między rzeczową dedukcją, przedstawianiem racjonalnych argumentów, przypominaniu obowiązujących trójstronnych zasad i sabotaż się znajdzie. Faktem jest bowiem to, że bez przemocy i niesprawiedliwości wobec uczestników, spacer w lwiej części zaspakaja potrzeby i zachcianki, każdego z członków stada.
    I choć upływ czasu łagodzi oporność materii, niemal każdego dnia muszę werbalnie oponować: „przecież się nie rozerwę!” Moje ukochane psinki doskonale rozumieją patowość sytuacji, ale ponieważ wiedzą także i to, że zrobiłbym dla nich wszystko, nie omieszkują sprawdzić, przy każdej nadarzającej się okazji, czy może coś się nie zmieniło w tej kwestii. A nuż się uda, wyjść razem i mieć mnie na wyłączność, każda z osobna.


    Read More

  • Jesienny pejzaż

    Stado na spacerze w Zimnicy

    Stadko gromadnie na jesiennym spacerze. Od lewej Misiek, Bella, Tequi, Simonka. Zdjęcie zrobione na spacerze w Zimnicy, a ściślej mówiąc na Pojezierzu Walkowiaków. Pojezierze lokalne, jeszcze nie zaznaczone na mapach, ale piękne i psom bardzo się tam podoba. Mnie zresztą też.
    Zdjęcie całej grupki na raz udało mi się zrobić gdy wabiłam psy czarodziejskim zawołaniem: DAM COŚ DOBREGO. Oczywiście wszystkie łakome stwory od razu przybiegły. Musiałam działać szybko - najpierw fotka biegnących psów wprost na mnie, a zaraz potem dla każdego coś dobrego wprost do pysia.
  • Październik, 2008
  • Grzybobranie

    Własnoręcznie zebrane maślaki i podgrzybki. Będziemy ucztować!

    Dzień dzisiaj słoneczny i ciepły więc wybraliśmy się z psami na grzyby i przynieśliśmy do domu całkiem sporo podgrzybków i maślaków. Zbieranie grzybów w towarzystwie psów łatwym zajęciem nie jest, bo ręce zajęte trzymaniem zwierzów na smyczach, a one ciągną we wszystkie strony podniecone leśnymi zapachami. Las mocno zryty przez dziki, Misiek każde rozkopane przez nie miejsce dokładnie obwąchiwał, kręcił się niespokojnie na swojej wyciąganej kilkumetrowej lince, biegał to do przodu, to zabiegał mnie z tyłu plącząc linkę o krzaki. W pewnym momencie usłyszałam za sobą chrumkanie i trzask gałęzi. Pomyślałam, że dzik lub nawet wiele gdzieś tuż za moimi plecami i zmartwiałam. Za moment z zarośli wychynął Misiek. Mój własny pies mnie przestraszył! Tylko shar pei potrafi wydawać odgłosy chrumkającego zwierza!
  • Luty, 2008
  • Edukacja naszych shar-pei

    Z dniem dzisiejszym Piotr miał rozpocząć jazdy z Belcią na szkolenie. Miał. Zamiast za edukację psa zabrał się za długo oczekiwany remont poddasza. Czeka mnie klęska żywiołowa w domu, niezedukowany shar-pei i nawet pomarudzić nie mogę bo po prostu nie wypada. Dzień rozpoczęliśmy od zakupów w Castoramie, a ściślej ujmując rozpocząl go Naczelny . Mnie przypadło w udziale oczekiwanie na niego przed sklepem, jako że z psami wszędzie wstęp wzbroniony i to surowo. Dreptałam z Miśkiem i z Belcią pomiędzy samochodami na parkingu budząc zdziwienie przechodniów. Co poniektórzy zatrzymywali się, parę osób uprzejmie zapytało co to za rasa, jakaś pani prawie się rozpłynęła z zachwytu gdy Belcia skacząc na nią, zostawiła jej brudne odciski łap na płaszczu. Wypad do miasta tak rozochocił Belcię, że zapomniała wszystkiego, czego ją do tej pory nauczyłam. Wskakiwała Miśkowi na plecy, szarpała go za obrożę, krążyła będąc oczywiście na smyczy wokół mnie, wysilała cały swój intelekt aby porwać mi rękawiczki, a ja nie mogłam się obronić bo w drugiej ręce trzymałam na smyczy Miśka. W końcu półżywa ulokowałam oba psy w samochodzie i czekałam aż mój ślubny pojawi się z farbami, klejami, gwoździami i jakąś deską.

    Z całym tym majdanem pojechaliśmy nad Odrę aby psy wyhasały się do woli. Piotr wpadł na pomysł aby dla pewności puścić psy wraz ze smyczami. Może to jest jakiś sposób, bo w sytuacji podbramkowej przydepnięcie smyczy natychmiast stopuje psa, ale wątpię czy to dobrze wpływa na jego psychikę. Od czasu do czasu byłam instruowana jak należy smycz przydeptywać, jak ją chwytać i znowu puszczać, przedtem jednak nagradzając psa. Pożal się Boże, jak te smycze wyglądały po spacerze i jak po nich wyglądały moje ręce!

    Zdecydowanie wolę chodzić na spacery sama z psami, przynajmniej ja nie jestem wówczas tresowana i szkolona. Wiem jak się dogadywać z psami, bo poznałam przekonywującą siłę obdarzania ich nagrodami. Umiem już nagradzać nie a priori ale a posteriori, kiedy już je trzymam. Częstuję nawet, gdy nie chcę brać psa na smycz, ot tak dla zachowania wzajemnej więzi. Przygotowany smakołyk nawet nie musi być atrakcyjny, wystarczy, że jego podanie łączy się z przyjaznym gestem. Mogę im wtedy sprawić przyjemność zwykłą granulką pokarmową lub tabletką z witaminą. Tequilla jest bardziej wybredna: granulkę, owszem połknie ale witaminę wypluje. Doustne nagradzanie rozszerzyłam też na Miśka. Misiek mianowicie też miewa swoje zagrania. Czasami nie chce iść upatrzoną przeze mnie drogą, bo mu się znudziła. Siada i udaje przemęczonego. Ale jak zobaczy, że coś wyciągam z kieszeni, podbiega do mnie, zjada podaną granulkę i bez oporu podąża naprzód. Rondel mi nigdy nie kaprysi na spacerach, ale przy okazji też ją muszę poczęstować, bo patrzy na mnie błagalnie. Nauczyłam też moje psy kulturalnego brania smakołyków, bez wskakiwania łapami na moje nogi. Wprawdzie Piotr twierdzi, że spacerowymi smakołykami powinny być drobne kawałeczki kiełbasy, ale one brudzą kieszeń. Jeśli je schować do woreczka foliowego, to nie raz trudno szybko się do nich dostać. No cóż, każdy Cyryl ma swoje Metody. Jeszcze dodam, że każdy pies woli przyjść do swojej pańci po nagrodę, niż szukać w krzakach czegoś, co dla mnie jest wysoce nieapetyczne. Dostrzegłszy takie zdrożne zamiary natychmiast wołam:
    - Chodź psinko, dostaniesz coś dobrego!
    I dobra psina przychodzi i łypie na moją kieszeń....

Strona 1 z 1, łącznie 4 wpisów