Wpisy otagowane jako psie nawyki

  • Listopad, 2011
  • Zwyczaje i nawyki

    Dziś trochę o psich nawykach przy wyjściach na dwór - tych krótkich do ogrodu i tych dłuższych w plener.

    Zwyczaje ustalone przez nas i nasze psy są święte i nienaruszalne jak rytuał. Jakakolwiek ich zmiana czy też przesunięcie w czasie wprowadziłoby psy w stan niepokoju i niepewności. Wszystko jest już z góry ustalone i ma swoje miejsce. Posiłki zawsze o tej samej porze i nie ma znaczenia, że czas został przesunięty z letniego na zimowy, bo przecież pora dnia pozostała ta sama i tej należy się trzymać. Również nasze wyjścia z domu o ile są zawsze w tym samym przedziale czasowym, nie wzruszają specjalnie stadka. Raz ustalony porządek przyjęty został za naturalny i bezapelacyjny.

    Hasło "NA DWÓR!" porusza całe stadko niczym tsunami. Kto pierwszy dopadnie drzwi wyjściowych ten czuje się ważniejszy, ten głośniej ryczy w przestrzeń. W następnym etapie już tradycyjny galop do bramy, potem bieg w narożnik ogrodzenia przy którym po drugiej stronie często stoi nielubiany przez moje zwierzęta pies sąsiada. Oszczekany przez gromadę zawziętych shar pei rozsądnie wycofuje się z poza zasięgu ich wzroku oraz paszcz. Zawsze tak samo i nigdy inaczej. I tak kilka razy dziennie. Jedynie poranne wyjście/wypadnięcie z domu przebiega według nieco innego schematu. O świcie z psami nie wybiega na dwór zaspana jeszcze Bella. Stadko opuszcza dom raźnie, ale nieco ciszej, nie drze tak nieprzytomnie mord jak za dnia. Nie biegnie też do płotu, bo wie, że o tej porze nie zastaną psa z sąsiedztwa. Belli natomiast o siódmej rano żadna siła nie ruszyłaby z posłania. Z niesmakiem spogląda na pobratymców robiących ruch o tak wczesnej godzinie.

    O dziesiątej powtórka z rozrywki i znowu stadko z impetem pędzi do ogrodu i do bramy. O tej porze kontrolowana jest już przez nie sytuacja za płotem. Bella podnosi się z legowiska, ziewa zniecierpliwiona jakby mówiła - "za wcześnie jeszcze" - i układa się do snu ponownie. Około południa raczej kategorycznie zachęcam Bellę do wyjścia na trawę. Wychodzi z miną nieszczególną, a czasami warcząc manifestuje swoje niezadowolenie. Wygląda tak jakby było jej zimno. Podrepcze w koło, załatwi co musi i wraca szybko do domu.

    przez pola..
    ..w kierunku lasu
    Około trzynastej rzucam jakby od niechcenia hasło "SPACER!", na które Bella reaguje pierwsza. Skoki, podskoki, psi śpiew, entuzjazm bez względu na aurę. I nawet w najbardziej mroźny dzień zimno mojej psinie nie jest. To się nazywa pozytywnym nastawieniem do określonej i lubianej sytuacji.

    A zdjęcia z wczorajszego spaceru. Szron na trawach i drzewach pierwszy tego roku.
  • Marzec, 2008
  • Nawyki moich shar-pei

    Obserwując moje shar-pei widzę jak ważnym jest dla nich ściśle zachowany rytm dnia i jak mocno kojarzone są przez psy codzienne wydarzenia powiązane z sytuacjami im towarzyszącymi. Oczywistym jest, że poranne wstanie oznacza wyjście na dwór, czyli wybieg do ogrodu. Inaczej ma się sprawa gdy biorę do ręki smycz lub obrożę. Wtedy to każdy z psów chce znaleźć się jak najbliżej mnie, bo wie, że akcesoria te oznaczają spacer.
    Ciekawie reagują moje psy na telewizor i telefon. Pozornie nie są nimi zainteresowane, czasami krótko popatrzą co na szklanym ekranie, po czym zwieszając łby zapadają w drzemkę. Wydaje się, że śpią mocno. Niektóre programy telewizyjne, jak na przykład wiadomości, oglądamy zawsze o stałej porze, a psy śpiąc nam towarzyszą. Wiadomości kończą się charakterystycznym sygnałem dźwiękowym, ktory dla psów oznacza pobudkę i wyjście z domu. Sygnał ten zwierzaki rozpoznają bezbłędnie, wystarczy pierwszy akord muzyki i banda zrywa się na równe nogi, domagając się wyjścia.
    Dzwoniący telefon nie interesuje psów, chyba że... Piotra nie ma w domu. Psy wiedzą, że Naczelny zawsze krótko przed powrotem do domu telefonuje abym mu otworzyła bramę. Słysząc dzwoniącą komórkę, stadko wpada w radosny amok, szczeka tak aż można ogłuchnąć, biega od okna do okna jakby chciało mnie zawiadomić: "Pan wraca! Nie przegap!". Gorzej gdy podczas nieobecności Naczelnego dzwoni do mnie ktoś obcy. Tu psy nie potrafią odróżnić od kogo telefon i swoją przedwczesną radością z rychłego zobaczenia Pana, skutecznie zakłócają mi każdą rozmowę.

    Wewnętrzny zegar, ktory każdy pies ma w sobie, przypomina mu o porze karmienia. Jeśli spóźnię się z podaniem pełnych misek choćby o kwadrans, psy zatroszczą się głośno aby mi o jedzeniu dla nich przypomnieć. Porządek musi być!

    Każdy z psów ma swoje ulubione, wybrane przez niego miejsce do spania i leżenia. Generalnie prawo do własności legowiska jest respektowane, chyba że jego właściciel zniknął z pola widzenia. Wtedy to nadarza się okazja aby obce posłanie szybciutko zająć, chociaż nie różni się ono niczym od własnego. Ale wiadomo: cudza guma do żucia najbardziej smakuje. Do legowisk psy znoszą cenne przedmioty: własne zabawki, moje kapcie czy porzucone przez Piotra skarpety. Rzeczy te psy znoszą zawsze do własnych legowisk. Łatwo można rozpoznać, kto ma w posłaniu ukryty skarb: szczęśliwy posiadacz swojego lub naszego dobytku siedzi na nim jak kwoka i pilnuje! Nie ma mowy o tym aby ruszył się z miejsca, no bo ktoś inny mogłby zatroszczyć się o jego zdobycze. Kapcie moje w psim legowisku przyprawiają mnie zawsze o wzruszenie, wyślinione i przeważnie podarte skarpety raczej nie. Zabieram więc psom co nasze, a one wyraźnie zawstydzone bez oporu pozwalają mi na to. Kochane psiury!
  • Luty, 2008
  • Shar-Pei i nauka

    Z wyjątkiem Belli wszystkie nasze shar-pei wiedzą, że otwarte drzwi na zewnątrz to jeszcze nie sygnał do wyjścia. Zwykle ja albo Naczelny otwieramy drzwi prowadzące do ogrodu, Bella wtedy jak pocisk artyleryjski wyskakuje z domu, reszta psów wiercąc się niespokojnie, posłusznie czeka na przyzwolenie opuszczenia chaty. Krótkie "idźcie" i sfora radośnie wybiega.
    Dzisiaj ja wypuszczałam psy, a po drugiej stronie drzwi przyczaił się Piotr. W momencie gdy Bella skokiem już miała pokonać przestrzeń dzielącą ją od wolności, Piotr rzucił tuż przed jej nosem plastikową teczką o posadzkę. Plask, trzask, prask i psina zdziwiona stoi. Pogłaskałam, pochwaliłam, pozwoliłam wybiec Belli z psami. Trzy godziny później powtórka. Otwieram drzwi, za drzwiami Piotr z teczką. Bella wierci się, łypie okiem raz na Piotra, raz na mnie ale nie wyrywa z domu. Wychodzi dopiero z grupą swych pobratymców. Pierwszy krok w edukacji Belli zrobiony!

    Z innych wydarzeń wartych odnotowania, to dzisiejszy, cyklicznie już powtarzający sie zakup karmy w ilości 75 kg, która zaspokoi potrzeby stadka na jakieś 2,5 miesiąca. Dystrybutor karmy aby osłodzić nam rachunek, podarował dwa samochodowe koce-dywaniki dla psów, jakby przewidywał w jakim kosmatym stanie znajduje się nasz pojazd.
  • My i nasze psy, czyli codzienność

    Nie wychodzilam dzisiaj z domu bo kuruję kolejne już tej zimy-nie-zimy przeziębienie. Naczelny nie wyszedł z domu bo ja nie wyszłam. Psy nie miały spaceru, wyszły tylko do ogrodu i wykopały w poszukiwaniu gryzonia kolejny rów przy czym ubabrały sie ziemią "po pachy" i wraz z tym brudem wpakowały się do domu. Osłablam. Piotr zajęty przekrawaniem bardzo ostrym nożem z piłą na pół bułki zaoferował się, że sprzątnie po psach, po czym zaciąl się tak paskudnie w dłoń, aż krew kapała na podłogę. Zapomniałam o psach i natychmiast zaproponowałam, że założe mu klamerki na ranę. Zakładanie klamerek na psią skórę idzie mi sprawnie, wreszcie nadarzyła się sposobność wypróbowania urządzenia na skórze ludzkiej! Niestey skończylo się na tradycyjnym opatrunku, bo mój ślubny nie zaakceptował pomysłu klamrowania swojego ciała. Sprzątać po psach musiałam sama, Piotr siedział z ręką uniesioną ku górze z miną ofiary. Zostawiłam go w cierpieniu, wyciągnęłam Belli z paszczy sporą, ukorzenioną kępę trawy, wrzasnęłam strasznym głosem na Tequillę, która usiłowała porwać nie do końca przekrojoną bułkę, zmieniłam spodnie, w które podczas opatrywania Piotra Rondel wytarł swoją mokrą i utytłaną ziemią papkę, umyłam podłogi. Przypomniało mi się, że muszę jeszcze powiesić pranie... W łazience, w koszu z upraną bielizną, na wierzchu wylegiwał się Misiek. Pranie powędrowało po raz kolejny do pralki, Misiek zmył się zanim dosięgła go moja ręka.
    Zastanawiam się jak to jest w innych domach gdzie mieszkają ludzie z psami...
  • Styczeń, 2008
  • Wycieczka z Bellą

    Bella - Bellissima
    Na dzisiejszy wyjazd do miasta po zakupy zabrałam ze sobą Bellę - tak w ramach socjalizacji aby mi w tej głuszy między lasem a krowią łąką nie zdziczała i nie zapomniała, że oprócz pańciów i kilku odwiedzających nas homo sapiensów, istnieją jeszcze inne stwory ludzkiego gatunku. Naczelny standardowo napomknął:
    - nie puszczaj jej tylko nigdzie w obcych miejscach samopas.
    - jasne, tak - równie standardowo odmruknęłam.
    Pojechałyśy. Ja za kierownicą, Bella raz obok mnie, raz z tyłu, to znowu obok mnie. Odcisk jej nosa na jednej szybie, za chwilę na drugiej, atak jęzorem na moje ucho...
    - Siatka, szelki, pasy - coś muszę zrobić aby pies nie łaził mi po głowie w czasie jazdy. To "coś" postanowione już od dawna i jak wiele innych spraw, odłożone ad acta.
    Sklep i zakupy, oj tego najbardziej nie lubię. Przy jednym z regałów stał wózek do pełna zapchany chyba wszystkim co miałam kupić: wędliny, warzywa, jakieś puszki... Z trudem opanowałam się pokusie aby nie porwać wózka i nie pomknąć z nim do kasy.. Z ponurą rezygnacją metodycznie napełniałam swój. Wreszcie koniec - zakupy ulokowane w aucie, jedziemy! Parę minut i jesteśmy poza miastem. Puszczam Bellę luzem (chyba mi się zapomniało co mówił Piotr), miejsce nam obu obce - chaszcze, nieużytki, i coś na kształt rzeczki, bagienka, ścieku czy jakiejś innej smródki. Po paru minutach spaceru po drugiej stronie obrzydliwej wody Bella zobaczyła młodego bokserka i ochoczo ruszyła w stronę bajora. Pani towarzsząca psu uznała, że powstrzyma towarzyskie zapędy mojej Belli, jeśli się nachyli w jej stronę i będzie pieszczotliwie wołać:
    - nie wchodź, nie wchodź do wody pieseczku!
    Oczywiście Bella gest i słowa miłej pani potraktowała jako zaproszenie (podobne nieporozumienie jak wcześniej z Rondlem, która nieopatrznie zrozumiała moją uwagę: tylko mi nie biegaj), ochoczo wskoczyła do bagienka, z którego zaraz wylazła umazana jak nie boskie stworzenie tłustym, czarnym szlamem.
    W domu Naczelny wygłosił sentencję w stylu: "kto nie słucha ojca, matki...".
    Kąpać musiałam Belcię sama.

Strona 1 z 2, łącznie 6 wpisów