Wpisy otagowane jako pies w aucie

  • Marzec, 2009
  • Awaria na drodze

    W końcu zrobiło się cieplej, białe szaleństwo stopniało, postanowiliśmy więc wyruszyć z naszą gromadką shar pei na wycieczkę. Zapakowaliśmy się do samochodu, ujechaliśmy 40 kilometrów i w tym momencie skończyła się radość podróżowania. Auto się popsuło. Popsuło się jakoś podstępnie, bo niby jechało całkiem dziarsko, lecz dym wydobywający się spod maski wyraźnie świadczył o tym, że mamy awarię i to poważną. No więc stanęliśmy... Pomoc drogowa, a i owszem przyjedzie za czas bliżej nieokreślony, bo popsutych aut na drogach sporo. Czekaliśmy więc aż do zmroku. Naczelny wiercił się po szosie w te i we wte jakby to miało mu coś pomóc, znudzone psy co chwilę domagały się wyjścia z pojazdu, ja trzęsłam się z zimna i irytacji. W końcu pojawili się mechanicy. Popatrzyli, pokiwali głowami i orzekli, że zabiorą naszego grata do warsztatu, nas podrzucą też gdzieś tam po drodze, ale psów nie wezmą. Co to, to nie. Mowy nie ma! No i odjechali bez nas, bez naszej kupy złomu i tak jak sobie życzyli, bez naszych psów. W międzyczasie zrobiło się ciemno, głodno i strasznie zimno. Nawet auto ostygło i przestało dymić. Naczelny już całkiem w desperacji ruszył potwora i pomalutku dotelepaliśmy się do najbliższego miasteczka. Samochód znowu zaczął buchać dymem spod maski, musieliśmy go zaparkować i pozostawić. Ja wydzwaniałam się po taksówkę. He, he, taxi... Nic z tego, na pasażerów z psami nikt nie reflektował. Obdzwoniłam znajomych, ci z kolei obdzwonili swoich kolegów i w końcu znalazła się litościwa dusza, która przetransportowała nas, nasze psy i nasz majdan do domu. Była już ciemna noc. Tak moi drodzy, podróż autem z psami odbywa się na własne ryzyko, jeśli wydarzy się coś nieprzewidzianego typu awaria czy stłuczka, to pojazdem i ludźmi odpowiednie służby się zajmą, jeśli natomiast mamy ze sobą zwierzęta, musimy radzić sobie sami.
  • Październik, 2008
  • Całym stadem najraźniej

    Stado gotowe do drogi. Zaraz wyruszamy.

    Spacerujący człowiek z jednym psem lub jeden pies w samochodzie nie dziwi nikogo. Za dwoma psami przy jednym człowieku czasami jakiś przechodzień się obejrzy, ale pięć psów jednocześnie, w jednym samochodzie, przez bliźnich postrzeganych jest niemalże jak eksces. A właśnie wczoraj z całą piątką wybraliśmy się do gabinetu weterynaryjnego w Oleśnicy, do doktor Kasi. Miały jechać z nami tylko dwa psy - Tequilla i Rondel, ale Misiek tak prosił, tak jęczał i rozpaczał, że wymusił... Samochód nasz po złożeniu tylnych siedzeń pojemny, więc i Simonka została zapakowana, no bo jak tu ruszyć się gdzieś bez Simonki? Bella widząc, że wybieramy się bez niej dostała spazmów, a wzrok miała przy tym tak nieszczęśliwy i proszący, że oczywiście uległam i dopakowałam do auta i ją. Tuż przed odjazdem pstryknęłam zdjęcie uszczęśliwionemu stadku.

    dr. Kasia z Tequillą
    Niespełna pól godziny jazdy i osiągamy Oleśnicę. Przed gabinetem weterynaryjnym psy z impetem wyskakują z samochodu, nie czekając aż im pozapinam smycze. Robi się chaos, bieganina, łapanie rozbieganych czworonogów. Po paru minutach już wszystkie w gabinecie. Pytam się dr. Kasi nieśmiało, czy miała już takie stado pacjentów w gabinecie na raz. Nie, nie miała, ale widać, że cieszy się do psów, a one do niej. Psy biegają po gabinecie, myszkują po przyległych pomieszczeniach, strącają opakowania z próbkami karm, w nadziei znalezienia smakołyka wsadzają swoje wielkie i zawsze łakome paszcze w każdy zakamarek. Bella wszędzie wyczuwa jedzenie, wspinała się nawet na stół aby sprawdzić czy na nim czegoś smakowitego nie znajdzie. Widać, że wizyta w gabinecie weterynaryjnym stanowi dla moich shar pei niebywałą atrakcję. Na następne badania kontrolne wpadniemy znowu całym stadem.
  • Grudzień, 2007
  • Święta..

    Święta dobiegają końca, goście się rozjechali, my i psy z pełnymi brzuchami odpoczywamy. Ach, to świąteczne obżarstwo!
    Misiek rozpoczął świętowanie jeszcze przed czasem. Dobrał się w samochodzie do zakupów: toreb pełnych mięsa, warzyw, owoców, ciast, itd... Spałaszował prawie w całości jedną golonkę a sernik zgniótł własnym cielskiem na placek. Piotr zajęty prowadzeniem auta nawet nie zauważył, że za jego plecami pies ucztuje... Golonki mi nie żal bo nie lubię, ale sernika szkoda - nie nadawał się do postawienia na stole, skarmiam więc nim psy, mimo że to niepedagogiczne i nie całkiem dla nich odpowiednie.

    Pogoda dopisuje, więc codziennie psy wyprowadzają nas na spacer. One w przodzie, my z tyłu, więc chyba nie ma wątpliwości kto kogo prowadzi. Być może shar-pei nadaje się na psa zaprzęgowego... Uprzęże i rydwan, to jest myśl! Gdy byłam dzieckiem to dog i wyżeł chyżo ciągnęły mnie na saneczkach po nadodrzańskich wałach. Te prywatne kuligi kończyły się czasami zaryciem w śnieżną zaspę, kiedy któryś z psów zwęszł np. zająca. Śmiałam się z radości a przechodnie ze mnie i z moich rodziców. Kiedyś ktoś po drodze zażartował, że zeszliśmy na psy. Oczywiście nie chodziło o obrazę, ale o przenośnię.

Strona 1 z 1, łącznie 3 wpisów