Wpisy otagowane jako pazury

  • Sierpień, 2010
  • Lisek chytrusek

    Ostatnio pogoda zmienna jak w kalejdoskopie, więc korzystamy ile się da, z możliwości odwiedzenia lasu. Dni zdarzają się znośne, więc czasem wyrywamy Mo z letargu.
    Jakoś tak się złożyło, że w deszczu na spacer Mo dostała "liska" w promocji, co to jej za mało szczęścia nie było. Harcowały psiaki aż miło, igliwie latało we wszystkie strony a woda lała się z nieba. Nie tylko z resztą. Miska z wodą była po raz kolejny oazą spokoju, do której każdy czworonóg miał równy dostęp. Mo zawsze szlachetnie dzieli się posiłkiem. Taka ta nasza sunia mądra.
    Letnia promocja
    3...2...1...
    Łyk dla Mo
    Łyk dla Gościa
    Gry i zabawy

    A chytrusek dlatego, bo i wyspacerowany, i wybawiony, i napity, i jakby tego było mało, to na Mo chciał włazić. Chcieć to jednak w przypadku naszej suni stanowczo za mało.
    A tak chowamy się świetnie, nic nam nie dolega, a wieczorową porą trenujemy do przyszłych wystaw. Nie jest to łatwe, bo Mo wie swoje i dość szybko się męczy.Robimy często odpoczynki, aby się nie przeforsować I właściwie jedyne co nas trapi, to fakt, że Wiola dostrzegła u Mo, że na jednej łapce ma nieco mniej starte pazury niż na drugiej. Widać będziemy musieli teraz chodzić w odwrotną stronę na osiedlu, aby się wyrównało...
  • Lipiec, 2010
  • Nic prostszego

    Pani Marta wspomniała o wysokiej temperaturze.
    24h/7 dni
    To pierwszy od lat, udany końcu sezon urlopowy ;-) I tak go traktujemy. Poranny spacer wypada między 5 a 6:30 w zależności jak bardzo zmotywujemy się do wstawania by cieszyć się kolejnym wspólnym dniem. Potem zaś oddajemy się błogiemu leniuchowaniu, które zwykle sprowadza się do poszukiwania najwygodniejszej pozycji do leżenia i odkrywania miejsca najchłodniejszego. Po otwarcie lodówki jeszcze nie sięgnęliśmy, ale to nasz as z rękawa, którego nie zawahamy się użyć. Początkowe trudności z adaptacją do egipskich warunków, zwalczyliśmy wspólnie mocno zakorzenionym uporem. A co tam.
    Kto pamięta auta bez klimatyzacji? Błękitna strzała nagrzewa się tak, że wypadam z niej niczym grzanka z tostera. 50, 60, a nawet 70 stopni w kabinie plus parząca kierownica, aby wyostrzyć zmysły. A mimo to napiszę, że to nic. Auto nadal posłusznie pomaga mi w codziennych sprawach, a ja po chwilowym przewietrzeniu wnętrza zamykam okna. Wariactwo? Skąd, to kwestia przyzwyczajenia i nastawienia. Kwadrans w aucie sprawia, że po wstępnym zaparzeniu, gdy wysiadam czuję się jak młody bóg - odczuwam chłód na zewnątrz! Wszystko bowiem zależy od punktu odniesienia.
    Wakacyjna przerwa
    Mo istotnie nie wie już gdzie ma zalec. Zapowiedzi deszczu na dzisiaj to czcze gadanie. Spacery ograniczają się do wyjścia za potrzebą (5 - 15 minut), a o wycieczce autem zrezygnowana Morcheeba nawet nie marzy. Doskonale wie, że to zbyt niebezpieczne. I aby urozmaicić nam ten marazm, przy wejściu do klatki naszego bloku zagnieździły się mrówki. Temat został szybko opanowany przez spryskanie podłogi przedsionka mordercą w aerozolu. Stąd Mo od dwóch dni jest wynoszona "na siusiu" i wnoszona w drodze powrotnej, dokładnie tak samo jak jedenaście miesięcy temu. Wydaje mi się jednak, że trochę się psince przybrało od tamtego czasu. Za to zdziwienie Mo z okazji wystąpienia tego procederu - bezcenne!
    Mo opanowała także jedzenie na leżąco. I jedyne co mi spędza sen z powiek, to nieścierane pazury...
  • Luty, 2010
  • Kolejny zimowy dzień

    nasz psi żłobek

    Naczelny twierdzi, że gdybym nie miała zmartwień, to martwiłabym się ich brakiem. Ale jak tu nie martwić się gdy znowu opady śniegu, akcja z odśnieżaniem i widmo braku prądu. Zaopatrzyłam dzisiaj dom w gazowy grzejnik z pochłaniaczem własnych spalin, pracujący niezależnie od jaśnie wielmożnej elektrowni i od razu mi raźniej, chociaż Piotr zdania, że zatrucie się gazem wcale nie jest milsze od zamarznięcia.

    Tymczasem szczenięta rosną i duże jak na swój wiek bardzo. Jedna z naszych dwóch kuchni została oddana im we władanie. Podoba im się, że mogą pobiegać i tych kilka metrów kwadratowych satysfakcjonuje je w zupełności. Ach, latem wyniosłabym pieski już na krótko na dwór... Przy obecnej aurze mowy nie ma, siedzenie w domu jest dla malców koniecznością.
    Moje dorosłe psy też siedzą w domu, ale z własnego wyboru. Żadne z nich nie ma takiego zacięcia do biegania w zaspach śnieżnych jak Morcheeba (w kogo ona się wrodziła?), a i ja nie skłaniam się do przedzierania przez śnieg sięgający powyżej kolan. Poza domem, jak istota beznoga, poruszam się tylko w pojeździe, psy natomiast trochę i niechętnie w ogrodzie. Siedzą w cieple, nudzą się, tyją, a nieścierane pazury im rosną. Dzisiaj skracałam je u Belli, jutro kolej na następnego chętnego. O ile taki się znajdzie... Niech już ta zima wreszcie się skończy!
  • Kwiecień, 2008
  • Zabieg pod narkozą

    Wczoraj Misiek miał usuwaną brodawkę z przedniej łapy. Zabieg był przeprowadzony pod narkozą, przy okazji zostały skrócone miśkowe pazury. Obawiałam się tej narkozy, shar-pei raczej źle ją znoszą. Gdyby nie pazury, to chyba nalegałabym aby operacja odbyła się przy znieczuleniu miejscowym, chociaż nasz weterynarz niechętnie robi jakiekolwiek zabiegi na przytomnym psie. Trochę go rozumiem, ale znam Miśka i wiem, że leżałby spokojnie. Misia cechuje spora doza zaufania do nas. Kiedyś gdy ropiały mu oczy zaatakowane bakterią morakselli i żaden z antybiotyków nie skutkował, musiałam mu wstrzykiwać lek dospojówkowo. Ja się bałam, pies się bał, ale daliśmy sobie radę i oczy zostały serią zastrzyków wprost w spojówkę wyleczone. Zastrzyki wszelkiego rodzaju moj psiur znosi dzielnie, natomiast widok cążków do obcinania pazurów przyprawia go o panikę. Nie ma mowy aby dobrowolnie poddał się temu kosmetycznemu zabiegowi.

    Misiek pazury miał za długie i w końcu trzeba bylo zrobić z nimi porządek. Psy miejskie, spacerujące po betonowej nawierzchni, ścierają sobie pazury same, u mnie betonu brak, spacerujemy po polach i lesie, gdzie nawierzchnia zbyt miękka aby pazury się na niej same zeszlifowały.

    O zabiegu Misiek już chyba zapomniał, wczoraj jeszcze chwiejny na nogach, dzisiaj już żywotny. Na łapie w okolicy łokcia wygolone miejsce i widoczne dwa szwy, które szczęśliwie nie wzbudzają u psa zainteresowania, więc nie muszę łapy bandażować, ani też pacyfikować zwierza okropnym kołnierzem.

    A w ogrodzie zakwitły moje ulubione hiacynty. Naczelny zaś kombinuje jakby tu ozdobić ogród kwiatami i zabezpieczyć je przed niszczycielskimi zapędami naszego stadka. Wymyślił więc skrzynki na pelargonie i inne tylko jemu wiadome kwiatki. Skrzynki w fazie budowy, ja staram się jeśli nie polubić, to przynajmniej przyzwyczaić do dźwięku towarzyszącemu majsterkowaniu, czyli do wiertarki, piły, szlifierki, młotka i innych ogłuszaczy.

Strona 1 z 1, łącznie 4 wpisów