Wpisy otagowane jako odchowanie szczeniąt

  • Czerwiec, 2009
  • Pierwsze odrobaczanie

    Wzajemna fascynacja

    Szczenięta mają już dwa tygodnie, czas pierwszego odrobaczenia. Dostały dzisiaj pyrantelum w zawiesinie i ku mojemu zdziwieniu bardzo im ten specyfik na robale smakował. Widać, że jeść to one lubią! Na razie spijają mleko z Belli, a biorąc pod uwagę ich dzienne przyrosty wagowe, to sporo tego mleczka doją z mamy. Bella szczęśliwie przy dobrym apetycie, aktualnie pochłania 300 procent swojej zwykłej normy. I tylko biegać jej się nie chce, chwile wolne od opieki nad dziećmi woli poświęcić drzemce. W ostatnim miesiącu ruchu miała faktycznie niewiele, no bo najpierw brzuch ciężki, a teraz karmienie szczeniąt, więc pazury nie ścierane urosły jej znacznie.

    Wczoraj obcinałam szponki u szczeniąt, teraz czeka podobny zabieg Bellę. Szczeniętom obcinam pazurki zwykłymi małymi cążkami do paznokci, do pazurów Belli będę musiała użyć potężniejszego narzędzia. Oj, nie będzie jej się to podobało!

    Tymczasem maluchy osiągnęły już 1300 gramów, czyli prawie potroiły swoją wagę urodzeniową! Potrafią już szczekać, potrafią też warczeć. W dalszym ciągu znaczną część doby przesypiają, jak to niemowlaki. A na zdjęciu mały Messi Leo. Wyczekiwany od miesięcy drugi synek Natalii!
  • Sześciodniowe szczenięta Belli

    Szczenięta mają sześć dni. Małe oseski, jedyne ich zajęcie to posilanie się maminym mlekiem. Urosły, prawie podwoiły swoją wagę. Urosły im też pazurki. Jutro będę je skracać, pewnie zabieg nie spodoba się malcom, ale w trosce o sutki Belli jest to konieczne.
    Kolory sierści pieski mają jeszcze nie zupełnie ustalone, jaśnieją im główki, ciemnieją pyszczki. Grzbiety jeszcze z ciemnymi pręgami jak to zwykle u tak małych piesków. Na tułowiach zaczynają się tworzyć pierwsze fałdki.
  • Sierpień, 2008
  • Najważniejsze wydarzenia tygodnia

    Od paru dni blog leży odłogiem, co nie wynika z mojego lenistwa czy też braku chęci na kolejny wpis, ale po prostu z braku czasu, jako że ostatnie dni wypełnione miałam do ostatka. Najważniejszym wydarzeniem tygodnia było zaimportowanie do domu Naczelnego, który po nastraszeniu całej rodziny swoim zawałem serca, lampartował się przez ostatnie tygodnie w sanatorium. A więc mam swojego mężczyznę znowu w domu, całego i zdrowego, chociaż rekonwalescenta i cieszę się z jego obecności przy mnie niewymownie. Nasze stadko shar-pei grzeczniejsze niż zazwyczaj, bo wiadomo, że przy panu tak lekko jak przy mnie nie ma i porządek być musi. Porządki nie tylko w domu, ale też w ogrodzie. Wspomnianą wcześniej ropuchożabę Piotr wyeksmitował gdzieś w sąsiednie pole, udało też mu się nabić w butelkę kreta (ściślej ujmując w długą tubę z chytrym zamknięciem), który też został wysiedlony poza nasz teren. Na razie spokój, nowych kopców nie przybywa, tuba-pułapka świetnie zdała swój egzamin. Jakby nie patrzeć, mąż jest bardzo pożytecznym stworzeniem!

    U moich shar-pei na razie nic nowego, suki doszły już do siebie po odchowaniu szczeniąt, a dwa przebywające w domu maluchy coraz większe. W przyszłym tygodniu ostatnie szczepienie, a przy tej okazji oba stworki zostaną zważone. Simonka pewnie już przekroczyła 10 kilogramów. Ładny klocek mi z nie wyrasta! Jej zdjęcia zamieszczę w następnym wpisie, o ile uda mi się sfotografować wiercipiętę.

    Xirius
    Zora
    Z innych wydarzeń wartych odnotowania to nowe zdjęcia Zory od Marty i Pawła oraz Xiriusa od Agnieszki za które bardzo dziękuję. Zaczyna mi się robić tęskno za maluchami, które odeszły z domu, a po których ślad się urwał... Codziennie czekam na wiadomości i zdjęcia Zitelli, Zoyi i Lionhearta, a tu ciągle nic...
  • Czerwiec, 2008
  • Pierwsze wyjście z domu małych shar-pei

    Fakt istotny do odnotowania: pierwsza konfrontacja małych shar-pei ze światem zewnętrznym. Wczorajsze popołudnie było słoneczne i ciepłe, wyniosłam więc po raz pierwszy do ogrodu szczenięta Belli. Pierwszą czynnością maluchów było dopadnięcie sutek Belli, która to coraz mniej cierpliwie znosi karmienie. Pozwala dzieciom na ssanie, ale nie kładzie się już, stoi z cierpiącą miną. Jest zmęczona. Karmię Bellę najlepiej jak tylko można, mimo tego sierść jak to bywa u suk odchowujących szczeniaki, pogorszyła się i wypada. Nowy włos narośnie za jakieś trzy cztery tygodnie gdy pieski będą już odchowane. Na razie Belcia przypłaca macierzyństwo urodą. Wiem, że to stan przejściowy, i że z końcem lata sunia będzie wyglądać znowu pięknie.

    Dzisiaj po raz pierwszy w blogu na zdjęciach Zamira i Zoya na trawce, lekko speszone nową sytuacją w jakiej się znalazły. Pierwsze wyjście z domu to dla piesków zawsze ogromne przeżycie. Świat wydaje im się nagle ogromny, a otoczenie obce. Po paru minutach przebywania na dworze pierwszy szok minął, szczenięta zajęły się głupotkami czyli zjadaniem trawy, a ja kolejno wyciągałam ją z pyszczków. Niestety piękna i słoneczna pogoda nie utrzymała się, co prawda nie pada, ale jest bardzo wietrznie i dzisiaj psie dzieci nudzą się w domu.
  • Dziewczyny moje, duże i małe

    Zora
    Lasimonne
    Dziś trochę o moich dziewczynach, tych dużych i tych małych. Zacznę od dużych, one to postarały się o piękne szczenięta, one je karmią własnym mlekiem. Tequilla jest zafascynowana swoimi dziećmi i nie opuszcza pokoju, w którym bractwo przebywa. Często zatrzymuje się nad śpiącymi malcami i wpatruje się w nie z wyraźnym upodobaniem. Tequi kocha swoje dzieci, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Karmi je bardzo chętnie, czule wylizuje i o dziwo nie odbiera im zabawek, chociaż sama bardzo lubi wszelkie pluszowe zwierzaki. Jest szczęśliwą matką i chyba to dobrze dla niej, że postanowiłam zatrzymać w domu Lucy i Lasimonne, nie będzie tak mocno przeżywać rozstania z pozostałymi szczeniętami.

    Bella zajmowała się szczeniętami świetnie, ale już ją to matkowanie zmęczyło i znudziło. Najchętniej przesiadywałaby z nami lub bawiła się z psami w ogrodzie. Karmić, owszem karmi, ale trzeba ją trochę namawiać, trochę przymuszać. Nadmierne wydzielanie mleka ustało u niej, ma go akurat na tyle, że starcza go dobrze dla szczeniąt i nie grozi już jej stan zapalny sutek.
    Małe dziewczynki rosną. Z tych od Belli największa jest Zora, łakomczuch i pieszczoch. Trochę mniejsza jest okrągła jak kulka Zarina, a malutka Zitella już prawie dogoniła Zoyę. Nic dziwnego, sunie mają apetyt tak dobry, że podaną im Acanę wciągają niemalże nosami, jedzą ją tak samo chętnie jak ich dwaj duzi bracia Zuul i Zio.

    Dziewczynki Tequilli dzisiaj po raz pierwszy dostały papu dla szczeniąt. Chłopcy zresztą też. Ruch był przy karmieniu ogromny, gdybym pozwoliła to psinki najadłyby się ponad miarę. Jutro dostaną więcej, ich żołądki muszą się pomału do innego jedzenia przyzwyczaić. Tequilla, gdy karmiłam jej dzieci, patrzyła na mnie z niemym wyrzutem jakby chciała powiedzieć:
    - No po co ta karma ze sklepu, mam przecież dosyć własnego mleka!
    Bella natomiast patrzy łakomie gdy przygotowuję jedzenie dla jej pociech, bo wie, że też zaraz dostanie. Szybko pożera co jej, następnie wylizuje jeszcze miseczki szczeniąt i dojada to co one zostawiły. A po posiłku ewakuuje się od dzieci tak szybko jak to tylko możliwe.
    Bella i Tequi - dwie suczki, matka i córka, a jakie różne!

Strona 1 z 1, łącznie 5 wpisów