Wpisy otagowane jako mała Mo

  • Październik, 2009
  • Sztuka kompromisu

    Hm, znów upłynęło sporo czasu. A to w konsekwencji przynosi zmiany. Ale radość zawsze niezmiernie wielka.
    Kochana Mo
    Pancia tuli Mo
    Pancia wiele
obiecuje
    Rozważanie propozycji
    Mo zna swoje prawa
    Mo broni przywileje
    Sztuka
kompromisu
    Pertraktacje z Mo.
    Mo pociesza
    Pocieszanie przez Mo








    Tak dla ułatwienia przyjmijmy, że tematem jest sofa. Generalnie Mo chętnie i z pozytywnym nastawieniem przystępuje do dyskusji. Jest otwarta na propozycje, ale jeśli trzeba - bo ustępstwa byłyby zbyt duże lub niekorzystne, broni swoich praw i przywilejów. Tym niemniej, zawsze rozmowy przebiegają w przyjaznej atmosferze i konsensus, pasujący każdej ze stron jest osiągany. Nie można także przemilczeć faktu, że w trudnych decyzjach wspiera nas jak tylko potrafi. I tak jest z wszystkim.
    Za dwa tygodnie minie Morcheebie pięć miesięcy, ale już dziś pojęcie Małej Mo pozostaje już tylko dla nas. Nabycie dużych szelek (45-70cm), obroży (40-65cm) oraz coraz mocniej rozważana wymiana posłanka na większe (obecnie 68x80cm), jednoznacznie wskazuje, że Mo stała się dużą dziewczynką. Biorąc pod uwagę świetny rozwój, nieprawdopodobną inteligencję oraz cudowne usposobienie, dołożymy wszelkich starań, aby było jeszcze lepiej. Oczywiście dla Mo!
  • Sierpień, 2009
  • Księga Szyfrów Mo

    Zaobserwowaliśmy powtarzające się zachowania naszej coraz większej Mo i odnaleźliśmy dla nich klucz:
    On jest mój!
    Gadzina jest moja!
    1. Wbite zęby w nogawkę spodni/ spódnicę
    Oznacza wielką radość. To specjalne, osobiste zaproszenie na plac zabaw. Należy pamiętać, że opuszczenie uroczystości przed wybiciem drugiego kwadransa spotka się z dezaprobatą i fochem. Ostre zęby szybko poinformują o poczynionym nietakcie, a o pretensjach nie może być mowy.
    2. Szalone bieganie po pokoju w tą i z powrotem
    Skoro realizacja punktu 1. się przedłużyła i czas wymknął się spod kontroli, to z biegania Morcheeby z bliżej niesprecyzowaną trajektorią i niezrozumiałym celem, należy wywnioskować co następuje: podjąć pospieszne ruchy w celu wyniesienia w przestrzeń.
    3. Popiskiwanie za kanapą
    Pancia, puszczaj go!
    Oddawaj gada!

    Oznacza nic innego jak to, że Mo po raz kolejny odnalazła ukrytego dużego pluszowego kolegę za sofą, ale sama nie da rady go stamtąd wytarmosić. W ten subtelny sposób komunikuje prośbę o pomoc.
    4. Uparte ślęczenie w kuchni/ łapanie zębami stołka kuchennego/ szczekanie na Pancia.
    Godziny karmienia, godzinami karmienia, a proces przyswajania i metabolizm Mo toczy się własnym tokiem. Jeśli drugi aspekt znacząco odbiega od pierwszego, Mo kolejno przechodzi przez wszystkie fazy punktu 4. Jeśli odchyłka nie jest większa niż pół godziny, stałe pory uznaję za utrzymane i nie upieram się przy swoim. Obecnie podświadomie wiem, kiedy Mo jest już głodna, na tyle by nie bawić się jedzeniem. Proces punktu 4. w zaniku.
    Struś też był za wolny
    Ptak nielot
    5. Zęby wbite w pokrycie sofy (Mo znajduje się na podłodze).
    Bardzo jasny przekaz: złazić lenie, ale to natychmiast złazić i bawić się ze mną! Dłuższe zaognianie sporu nie ma sensu. W końcu ze wspólnej zabawy wszyscy odnoszą wyłącznie korzyści. Trzeba tylko pamiętać, by nie dopuścić do punktu 2.
    6. Warczenie (gdy Mo jest na sofie).
    Długo dochodziliśmy o co tak naprawdę chodzi dziewczynce, a odpowiedź okazała się szalenie banalna. Znów przysłowie się ziściło (najtrudniej odkryć coś, co jest proste). Mo lubi ułożyć się w ciągu dnia i wyciągnąć na sofie i tak zrelaksowana odpoczywać przed kolejną porcją zabaw. Słodkie warczenie oznacza na początku: przesuń się, potrzebuję więcej miejsca; a w przypadku braku reakcji: złaź z sofy, przez Ciebie nie mogę się wyspać. Brak sumienia i serca (nie opuszczenie sofy) mści się tylko na dwunożnych. Jak można, nie dać się wyspać księżniczce Mo?!
    7. Patrzenie na miskę z karmą (zwłaszcza gdy Mo ma już ochotę coś zjeść)
    Mała Mo, duża miska
    Pragnienie zaspokojone

    Dostrzegliśmy, że postawienie miski z jedzeniem nie jest dość atrakcyjne. I owszem, jest miska, jest w niej jedzenie, ale co z tego? - tak myśli sobie Mo. Otóż trzeba ją zacząć przesuwać, chować, przestawiać, bawić się jedzeniem, co spowoduje udany atak, łapczywe porwanie pierwszego kęsa, a potem, potem kończy się pięknie zjedzonym posiłkiem i w efekcie wylizaną miską. Nieodzowne jednak staje się polowanie i UPOLOWANIE jedzenia. Wówczas smakuje najlepiej.
    8. Wyszczerzenie kłów i odpychanie łapkami
    Stanowi ostatnią, bezbolesną apelację, o natychmiastowe zaprzestanie przytulania się, pieszczot i tym podobnych. Psinka ma najzwyczajniej dość i musi odsapnąć od swoich zwariowanych na jej punkcie właścicieli. Czasami śmiejemy się, że pewnie chce nam powiedzieć: już mnie tak nie kochajcie!
    Mam
Cię!
    To jest napad!
    9. Dzwoniący domofon
    Elektryzuje Mo. Jeśli kogoś z nas brakuje w mieszkaniu, oznacza uzupełnienie stanu stada w ciągu 30 sekund. Akurat tyle ile Mo potrzebuje na dobiegnięcie do wycieraczki, przycupnięcie i zniecierpliwienie się oczekiwaniem na otworzenie się drzwi. Po staniu się wspomnianego miłości i radości nie ma końca. Walczymy z tym procederem, bo nie zawsze dzwoniący domofon, rzeczywiście oznacza powrót do domu kogoś z nas.
    10. Czkawka
    Przyczyn jej powstawania nie ustaliliśmy, ale czasem ma miejsce. Aby jej się pozbyć Mo potrzebuje przytulić się do Pancia na kilkanaście sekund. Ulga niemal natychmiastowa.
  • Podróż Mo do domu

    Generalnie Morcheeba była niesłychanie spokojna i dzielna. Gratuluję tak wspaniale poprowadzonego maluszka!
    Do Kępna było strasznie, bo i gorąco i stres duży. Musieliśmy się zatrzymać, aby odsapnąć i przewietrzyć auto. Mo była jeszcze mocno przejęta sytuacją, ale ani nie piszczała, ani nie wydawała się załamana. Było po prostu gorąco. Na zewnątrz zmierzyliśmy 30 stopni, więc dużo picia. W grę weszła tylko żółta miseczka.
    Troszkę schłodzona z uspokojonym oddechem, ruszyliśmy dalej w kierunku Ostrowa. Po kilkunastu kilometrach wjechaliśmy w lejący w poziomie deszcz - widoczność do 10m i walący o wszystko grad. Poza zdziwioną mordką przyglądająca się szybom, za którym przestały być widoczne jakiekolwiek obrazki, nie zaobserwowaliśmy żadnego zdenerwowania. Wiola panikowała strasznie, ale po przywołaniu do porządku, przestała denerwować psa. Jechaliśmy więc dalej ale tylko z 40, na więcej nie było mowy, bo na drodze było 7cm wody wymieszane ze świeżo spadłym lodem i nie bardzo było cokolwiek widać. Zrobiło się za to znacznie chłodniej.
    Stres jednak dał za wygraną przed Kaliszem i myszka choć spokojniejsza zwróciła obiad. Postój gdzieś na jakimś małym rynku dobre 20km przed w/w. Chwila spaceru, mnóstwo pieszczot. Kolejne wietrzenie auta i picie. Mo już spokojniejsza. Oddech miarowy, nosek cudnie chłodny i wilgotny. Po wypiciu wody jedziemy dalej.
    Kalisz to mały przełom. Myszka już bardzo spokojnie leży i jeśli w ogóle podnosi główkę, to tylko wówczas, gdy zdarzy się coś dziwnego - zmiana nawierzchni, stanie w korku, bo ruchem kierują policjanci.
    Zatrzymaliśmy się na dłużej. Równiutko skoszona trawa pod McD pozwoliła maluszkowi opróżnić pęcherz i troszkę się wybiegać. Jest jeszcze ciepło (dobre 27 stopni, ale zapada zmierzch i auto staje się przyjemnie ciepłe, ale nie zagotowane.
    Pierwotnie zatrzymaliśmy się przy starym mieście. Ja chciałem zjeść, ale w Pan w Sphinxie, mimo mojego wcześniejszego pytania, czy mogę wejść ze szczeniakiem (na zewnątrz za bardzo wiało), zmienił zdanie i stwierdził, że z psem nie ma mowy. Myślał, że pytam o dziecko?! Byłem już mocno zmęczony, ale zacisnąłem zęby i nie pytałem kelnera, jak na to wpadł, żebym stojąc z miską dla psa, pytać, czy można wejść do restauracji z dzieckiem! Swoją drogą warto wiedzieć, że trzeba pytać, czy dzieci też mogą wejść do knajpy (sic!)
    W McD nikt o maluszka nie pytał, bo nie wchodziliśmy do środka. Było zresztą o wiele przyjemniej na równiutko skoszonej trawce. Za to wielkie oczy i achy i ochy okolicznych autochtonów bezcenne.
    Tu także Mo zakosztowała wody z niebieskiej miseczki. Bez większego zastanowienia i ociągania. Martwię się tylko, że przy żonie Mo się cieszy i uspakaja, a przy mnie opuszcza smutno ogonek i wygląda tęsknie za Pancią.
    Do Konina docieramy w prawie ekspresowym tempie. Puste, kręte drogi pozwoliły mi na chwilę odprężenia i relaksu. Gdzieś po prawej widać olbrzymią ilość piorunów. W aucie chłodno (koło 21 stopni), Mo lekko przysypia z wpół-połkniętym palcem Wioli w paszczy.
    Jest po 11. Mamy dobre 250km do domu i znów robimy postój. Znów przy McD. Równe zadbane trawniki małej Mo wyraźnie przypadły do gustu. Poza siusiu robi także kupkę. Tu także przełamujemy z córcią lody. Karma podana na mojej ręce, lekko zwilżona chłodną wodą z termosu bardzo smakuje. Morcheeba wreszcie spokojna, a tatuś pęka z dumy.

    Read More

Strona 1 z 1, łącznie 3 wpisów