Wpisy otagowane jako domowe stado

  • Luty, 2012
  • Szczęśliwym kanapowcem być


    Termometr zaokienny pokazuje minus 22! Niebieski słupek domowego termometru oscyluje w granicach 22 ale plus.

    (Myśl o rachunku za ogrzewanie domu jawi mi się w postaci koszmaru!)

    Nasze mądre psy wiedza, ze zimno straszliwie i szczęśliwie nie domagają się spacerów. Rozsądnie, bo przy tak niskich temperaturach i tak nikt i nigdzie by z nimi nie poszedł. Zima, zimno, mróz, mało rozrywek, więc zapadają w sen długi nie tylko w nocy, ale i podczas dnia.

    Prawie hibernacja.

    Za to wypuszczone na krótko na dwór biegają jak w amoku. Zimne powietrze wprowadza je w radosny rausz. Gdy tak szaleńczo gonią się wzajemnie dookoła domu, boję się, że na zakrętach połamią sobie nogi...
    Pozwalam im na 15-minutowe szaleństwa w dwugodzinnych odstępach.

    Poza gonitwami jedzą, albo śpia i śnią chrapiąc głośno. Zmartwień nie mają żadnych.
    Wierzę, że są szczęśliwe.

  • Grudzień, 2011
  • Krojone jabłuszko

    nie karmimy przy stole, bo Pańcia nie pozwala
    z ręki Pańcia jabłuszko smakuje wyśmienicie
    dobre było, ale mało, jeszcze by się trochę zdało!
    Mimo przygotowań do świąt, dla naszych shar pei dzień jak codzień. Na drugie śniadanie jak zwykle jabłko. Naczelny oblegany przez psy najpierw obiera za skórki, następnie kroi na kawałki jabłka. Stadko czeka przy nim grzecznie, nie przepychając się. Wyglądają jak wyrzeźbione psie figurki: stoją w bezruchu, chyba nawet oddech mają wstrzymany. Za chwilę dostaną owoce z ręki. Każde z nich będzie starało się zjeść pierwsze, aby najszybciej dostać następny kawałek krojonego jabłuszka. Piękny widok!
  • Luty, 2011
  • Stadko rozbawione



    Aferka dość mocno zaaferowana
    Pampus i Simonka w zabawie
    Monia i Pampus, w tle drepcze Aferka
    Rety, ale się cieszą moje psy, że wreszcie nie ma śniegu! Stado albo biega jak oszalałe po czymś co jeszcze jesienią było trawą, a teraz stanowi bliżej nieokreśloną, zgniłą i zbitą masę, albo kopie w niej poszukując zawzięcie nornic i kretów, zaś w przerwach od dewastacji terenu urządza zwariowane wyścigi wokół domu lub dla odmiany wyrykuje się przy bramie strasząc przechodniów. We wszystkich tych psich figlach bierze też czynny udział Aferka. Za dużymi psami co prawda nie nadąża, ale ambitna jest bardzo i stara się jak może, aby im dotrzymać kroku. W gonitwach niestety przegrywa, natomiast w szczekaniu na dwónogów przechadzających się po drugiej stronie ogrodzenia, w niczym nie ustępuje swoim pobratymcom. A wierzcie mi, że głos w jej małym ciałku chociaż jeszcze po szczenięcemu piskliwie wysoki to jednak donośny i zapewne Aferkę aż w rodzinnym Dolsku słychać. W każdym razie, słychać czy nie, my pozdrawiamy ciepło Dolsk, jego mieszkańców no i rzecz jasna Kozi Rynek.
  • Styczeń, 2011
  • News, Afera i kobieta upadła

    AFERA Z Koziego Rynku (fot. G.J. Gronek)
    Zdjęcie mówi wszystko, Afera, nowa dziewczynka od dzisiaj w naszym domu. Ale news i afera, nieprawdaż? Jestem przeszczęśliwa. Od lat marzyła mi się sunia tak wyglądająca jak ten słodki stworek. A wierzcie, że zdjęcie ani w jednej setnej nie oddaje jej wyjątkowej urody. Piękna jest Afera w całości i w szczegółach: postawa, głowa, oczy, kolor, a wszystko takie, jak sobie wymarzyłam, teraz mi się spełniło. Maleńka już u nas, po podróży zmęczona śpi. Trochę zjadła, trochę popiła i sen ją zmorzył. Za nią ciężki dzień. Za mną również. Jazda po szczeniaczka podczas padającego deszczu, przechodzącego w deszcz ze śniegiem i to oczekiwanie spotkania, mimo że radosne to stresujące. Noc poprzedzająca wyjazd do Dolska po psie dziecię miałam bezsenną. Ciągle jeszcze mam w sobie to podminowanie oczekiwaniem na nowego, kolejnego psa. Tym razem też tak było. Ach, co tam bezsenna noc, zapomniałam o niej gdy tylko znalazłam się w samochodzie, a jeszcze bardziej zapomniałam o twardych realiach gdy znalazłam się na miejscu, czyli w Dolsku. Rzeczywistością okazał się w jednym miejscu nierówny i załamany chodnik gdy stąpałam po nim, czy raczej nad nim, bo głową zajętą myślami bujałam już w obłokach. Nagle świat zatracił swoją perspektywę, to co było nade mną znikło w okamgnieniu w niebycie, a to co pode mną okazało się wręcz niewyobrażalnie nieprzyjazną płytą chodnikową. Łokieć, bark, noga. Au!!! Twarde lądowanie uwieńczone jednakże tylko drobnymi kontuzjami. Gramoląc się z upadku do pionu pomyślałam: "jestem kobietą upadłą!".

    Potem było już tylko pięknie. Sympatyczna gościna w hodowli z Koziego Rynku, tuląca się do mnie urocza psia mama Diana (PRINCESSA DIANA S JANTARNOGO MORYA), no i uważnie wpatrujące mi się w oczy szczenięta.

    Droga powrotna do domu minęła nam, mimo zapadającego zmroku i siąpiącego deszczu, spokojnie. Malec dopiero co odebrany od matki i rodzeństwa nie rozpaczał, lecz zwinął się w kłębuszek i przespał prawie całą podróż. W domu zostaliśmy owacyjnie powitani przez stęsknione za nami stadko. Wszystkie nasze psy zareagowały niezwykle pozytywnie na przywiezione psie dziecko. Nikt się nie boczył, nikt nie był obrażony ani zazdrosny. Ogony z szybkością śmigieł helikoptera mieszały powietrze. Ale najbardziej zadziwiła nas Bella - obwąchała maleństwo, pocałowała i polizała tak po psiemu, a potem pozwoliła mu napić się mleka z własnych sutek. Dobra, kochana psina!
  • Grudzień, 2010
  • Trwamy

    Dzień minął na walce ze śniegiem (ja), gotowaniu (też ja), sprzątaniu (ja!) i takim ogólnym wierceniu się w koło (Piotr). Mowy nie ma aby ruszyć się z psami poza dom, bo las i pola zasypane już totalnie, a po zasolonym chodniku spacerować nam się nie uśmiecha. Tkwimy więc w domu i trwamy jak mawia Naczelny.

    Od dzisiaj mierzę Belli temperaturę ciała. Stała i cyklicznie powtarzana czynność u moich suk w terminie bliskim godziny ZERO. Na razie brak podniecających wieści, Bella w dobrym nastroju, wyglądająca na zadowoloną z siebie i otaczającego ją świata, a jej temperatura ciała to normalne dla zdrowego zwierza 38 stopni. Codzienne pieszczoty i głaskanie przyrastającego brzuszka stały się dla mojego suczydła rytuałem bez którego nie potrafi się obejść i przynajmniej raz na dwie godziny wywala się słodko na grzbiet tylko po to aby ją po brzuchu posmerać. Strasznie to fajne uczucie nie tylko dla niej, ale i dla nas. Tymczasem reszta stadka zorientowała się co w trawie, a raczej w Belli piszczy i ciekawie próbuje zbliżyć się do psiej mamy najbliżej jak tylko ta pozwoli. Dystans jednakże jest utrzymywany. Psiarnia może podejść do Belli od jej frontu, ma przyzwolenie aby zajść ją od tyłu, może ją wąchać, dotykać i trącać byle nie w okolice brzucha. Ta strefa jest dla Belli pobratymców zakazana i przy najmniejszej próbie przekroczenia dozwolonej granicy nasza ciężarna oznajmia groźnym warkotem STOP, tak że psy mimo że ciekawskie niezmiernie, trzymają się od jej boczków z dala. Żaden z nich nie ma odwagi zadrzeć z psią mamą. I słusznie.

    P.S.
    Godzina 23. Termometr zaokienny wskazuje minus 17. Za parę godzin ma być jeszcze zimniej. Trwamy!

Strona 1 z 3, łącznie 14 wpisów