Blog hodowli shar pei, aktualne wydarzenia ilustrowane zdjęciami, wszystko o naszych psach, tych co mieszkają z nami i tych co to już w nowych domach.

Shar Pei'e z Bonomielli :: wprowadzenie

Hodowla "Bonomiella" została założona przez moją matkę, prof. Jadwigę Złotorzycką w roku 1978. Pierwszym psem legitymującym się przydomkiem Bonomiella była dobermanka Lili. Wypada wyjaśnić skąd wzięła się nazwa hodowli. Otoż przydomek hodowlany musi być niepowtarzalny, jako identyfikator kojca. Już przed pierwszymi szczeniętami musieliśmy zaproponować w Związku Kynologicznym trzy wersje przydomku. Żadna z nich nie została zaakceptowana, bo wszystkie już były zastrzeżone. Wtedy to moja matka zasugerowała, że na pewno nikt nie nazwał swojej hodowli Bonomiella, jako że był to fachowy termin przypisany jednemu z bardzo rzadko występujących pasożytow zewnętrznych, i to w dodatku wszołowi (taka wesz ptasia z gołębia). I chwyciło. Nieraz pytają mnie ludzie co to znaczy "Bonomiella", a gdy im wszystko naukowo tłumaczę to się zaśmiewają. Mnie się jednak podoba takie słowo, bo po łacinie bonus oznacza dobry.

Przed laty w hodowli mieliśmy sznaucery olbrzymy, następnie dobermany a po nich mopsy. Teraz mieszkają z nami tylko shar-peie. Zawsze chciałam hodować psy, cieszę się, że mogę realizować swoje marzenia.

O nas, o mnie i naszych psach
Jestem po prostu psiarą. Żyję w domu postawionym na peryferiach cywilizacji, pomiędzy polami a lasem, w domu w którym psów jest znacznie więcej niż ludzi. Stan osobowy to dwa dwónogi, czyli Piotr oraz ja - jego ponoć lepsza połowa. Aktualny stan psów to czwórka dorosłych shar-pei, jedno szczenię. Czasami, średnio raz do roku, stado powiększa się o szczenięta, odchowywane przez nas pod patronatem Związku Kynologicznego.

A jak to było w linii wstępnej? Mój pradziadek jeszcze przed pierwszą wojną światową na wystawach prezentował swoje teriery. Z czasów tych zachowały się złote medale (niestety z papieru), na których widnieje nazwa organizacji kynologicznej, w której szanowny pradziad był zrzeszony. Był to "Warszawski Oddział Cesarskiego Towarzystwa Rozmanżania Zwierzyny Łownej i Prawidłowego Myśliwstwa". Dziadek mój nie poszedł w ślady swojego ojca, hodował owczarki niemieckie i konie. Potem przyszła druga wojna światowa i zabrała w nieznane i na zawsze pradziadka, dziadka, ich psy oraz konie. Kilka lat po wojnie ojciec mój sprawił sobie do plowań wyżła, ja jako dwuletnie dziecko dostałam do towarzystwa doga niemieckiego. Donar, bo takie imię nosił dog, był psem znoszącym mnie cierpliwie, czego nie mogę powiedzieć o wyżle Berim. Beri raz nawet szybkim skokiem zrabował mi bułkę i z rozpędu ugryzł mnie w policzek. Niesforny pies dostał za swoje, ale i ja też nie byłam bez winy. Po co wyciągałam do psa rękę z bułką i zaraz ją cofałam?

Gdy byłam już dorosła, a wyżeł i dog tylko wspomnieniami, ojciec mój jako jeden z pierwszych w Polsce sprawił sobie basseta, a ściślej ujmując sukę tej rasy. Mieszkałam wówczas poza granicami Polski, ale gdy tylko urodziły się małe baseciątka w ilości 13 sztuk, rzuciłam wszystko aby zobaczyć radosną zgraję i znowu trochę pomieszkać z psami.

Matka moja wychowana w domu sterylnie czystym, prowadzonym przez babcię dentystkę, o psach mogła tylko pomarzyć. Jej marzenia spełniły się dopiero po ślubie z moim ojcem, kiedy to dom rodzinny opuściła. Po sześciu latach małżeństwa, wróciła wraz ze mna ale już bez psów do swoich rodziców. Jej ojciec, czyli mój drugi dziadek wyznawał pogląd, że pies w domu się męczy, że miejscem dla niego stosownym jest wiejskie obejście. Mieszkaliśmy wtedy we Wrocławiu, co prawda we własnym domu z ogrodem, ale o psie mowy być nie mogło. Dziadek bał się psów, choć w póżniejszych latach nasze tolerował. Nie miał zresztą wyboru, kiedy na stare lata nie on, ale jego dzieci o wszystkim decydowały. Wprawdzie dziadkowi z pewnością nie zbywało na odwadze, dzielnie wojował w latach 1918-1920 o nasze wschodnie rubieże, a póżniej wspinając się po szczeblach kariery naukowej nie raz doświadczał przeciwności. Dziadek potrafił też wobec nas, dzieci przybrać bohaterską postawę. Raz na niedzielnym spacerze natrafiliśmy za miastem na krowy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, a tym bardziej strasznego, gdyby nie zostały czymś spłoszone. A te bestie leciały wprost na nas w tumanach kurzu. Dziadek zasłonił mnie i brata swoją osobą, wyciągnął do przodu laskę i kazał się nie ruszać. I wszystkie krowiska bezpiecznie nas minęły. No dobrze, a jak było z psami? Dziadek notując w swoim pamiętniku, najważniejsze wydarzenia z życia, łącznie z okresem szkolnym, tak napisał:
Znaleziono dla mnie korepetytora w osobie VIII klasy gimnazjum praskiego. Mieszkał na stancji na Nowym Mieście i tam chodziłem cztery razy w tygodniu na lekcje. Każde przyjście na korepetycje było dla mnie przeżyciem, bo w mieszkaniu gdzie korepetytor - zresztą miły chopiec - miał stancję, trzymano olbrzymiego psa, który rzucał się na mnie ze szczekaniem, a w pokojach przechodnich, gdzie on rezydował, przeważnie nie było nikogo. Zdaje się, że i mój korepetytor też trochę bał się tego psa.
Nie ma jednak w pamiętniku wzmianki, czy ów olbrzymi pies kogoś pogryzł. Ja zaś z mojego wczesnego dzieciństwa przypominam sobie, że właśnie mnie ugryzł pies, stróżujący w rodzinnym sadzie. Byłam tam z babcią, która przyszła zbierać jabłka. A ja co robiłam? Biegałam. Tego było pieskowi za wiele. Pogonił za mną i drasnął zębami w nóżkę. Był płacz, był krzyk i zawstydzanie burka. Ten wilczasty pies z pewnością nie odebrał starannego wychowania. On po prostu mieszkał sobie w sadzie i tylko na zimę był oddawany do ludzi, by przetrwać do wiosny w cieplejszym miejscu. Dlaczego babcia go nie brała do siebie? Ano właśnie, z pewnością odgrywały tu rolę stosunki, jakie panowały w jej rodzinie. A może też nie lubiła zwierząt? Może tak, może trochę nie. W jej listach, które stanowią rodzinną pamiątkę, natrafiłam na ciepłą troskliwość o los czworonożnego stróża jabłoni. Póżniej po wielu latach mojej matce przyszło zaopiekowac się babcią. Staruszka siedziała sobie zwykle na kanapie, z nogami owiniętymi pledem. Sznaucerka Mona kłada się u jej stóp i pilnie obserwowała, czy będą spadać w dół okruszki lub coś bardziej smakowitego. A babcia się rozczulała, że tak psina ją kocha. Mona stała się spóźnioną miłością mojej babci.

Blogowanie
Codziennik stał się niejako moją pasją. Tyle się dzieje wokół mnie, tak wiele radości dostarcza mi stadko, że notatki o nim stały się dla mnie koniecznością. Staram się opisywać na bieżąco wszystkie najważniejsze wydarzenia z mojej hodowli, nie chcę aby coś ważnego mi umknęło lub poszło w zapomnienie. Dlatego bloguję.
Blog jest nie tylko moim dziełem, czynnie wspomagają mnie Artur z Wiolą oraz Gosia i Dominik. Zarówno jedni jak i drudzy są w posiadaniu shar pei z mojej hodowli.
Regularnie dosyłają mi zdjęcia urodzonych u mnie shar pei: Natalia, Magda, Beata, Edyta z Łukaszem, Ania z Rafałem i inni... Wszystkim im serdecznie dziękuję nie tylko za pamięć, ale przede wszystkim za czułą opiekę, jaką roztoczyli nad moimi psimi dziećmi.