Shar Pei z Bonomielli

  • Grudzień, 2010
  • High-tech USG

    Obok, z lewej zdjęcia 39-dniowych płodów szczenięcych wykonanych techniką USG i przetworzonych następnie komputerowo. Nie, nie są to dzieci Belli, takiej techniki wrocławski Uniwersytet Przyrodniczy jeszcze nie posiada. Żródło zdjęć: National Geographic / Pioneer Production. Widzimy wyraźnie kształt pieseczka, jego uszka, oczy, jego łapki z wykształconymi już paluszkami i pazurkami. Nie mogę się napatrzeć na te zdjęcia! Nowe technologie w dziedzinie USG wprost powalają na ziemię. Podobnie muszą teraz wyglądać szczenięta Belli, są przecież w analogicznym wieku. Kończy się niebawem jej szósty tydzień ciąży. Jeszcze trochę przed nią i przed nami, ale zdecydowanie mniej niż więcej.
  • Listopad, 2010
  • Jesień kalendarzowa, czyli wściekła zima

    Piotr w roli odśnieżacza
    Mamy przecież jeszcze jesień, nie żaden styczeń, ani tym bardziej luty, ale ciągle jeszcze listopad, a tu taki afront ze strony aury, że aż się wyć i tupać ze złości by chciało. Termometr zaokienny wskazywał rano minus 11, a widok z okna na od wczoraj stojący pod śniegiem samochód uświadomił, że jak nic jesteśmy uwięzieni i tylko ciężka praca szuflą, skrobakami, tudzież innymi anty-śniegowymi narzędziami jest w stanie przywrócić nam drogę ku wolności. A walka ze śniegiem wygląda tak, że ja narzekam i się martwię, a odśnieża Piotr. Na swoje usprawiedliwienie powiem, żę mamy tylko jedną szuflę i nijak da się używać jej w duecie.

    Pampus. Jego śnieg cieszy, nawet gdy śięga mu po brzuch
    Bella podnosi na przemian, którąś z łap. Jest jej za zimno w stopy
    Znowu powrócił temat pługu odśnieżającego, najlepiej takiego co to sam by jeździł, sam odśnieżał i sam gdzieś poza naszym terenem białe masy magazynował. Oj, zasypało nas śniegiem okrutnie i wcale nam nie do śmiechu. No może tylko Monia i Pampus rozradowani dziecinnie zmianą i wyraźnie zachwyceni białym puchem. Szaleją w nim, tarzają się, przewracają wzajemnie i z zacięciem (chociaż zabraniam!!) jedzą śnieg!

  • Ślady wilka

    Wilk szary. Źródło: Wikipedia
    Lubię, chodząc po lesie, napotykać na ślady zwierząt - najczęściej są to kopytne, a jeszcze bardziej cieszy mnie spotkanie z nimi. Jelenie, koziołki, a czasami dziki przecinają mi drogę, zatrzymując się tylko na moment aby popatrzeć kto idzie i w okamgnieniu znikają w leśnym gąszczu. Za każdym razem dla mnie i towarzyszącego mi psa to intensywnie odbierane doznanie, chociaż różnie je odczuwamy. W ostatnich tygodniach nie spotykałam w lesie żadnych kopytnych, a to dlatego, że wyręby drzew, zakłócające ciszę spalinowe piły, rozjeżdżające drogi ogromne pojazdy leśne. Od dwóch tygodni panuje spokój, gdzieś indziej wynieśli się robotnicy leśni, nie ma ani samochodów, ani traktorów. Parę dni temu zauważyłam na piaszczystej drodze ślady kozła.
    -Acha, znowu są - pomyślałam.
    A przedwczoraj na drodze nie do przeoczenia pozostawiony trop czterech szeroko rozstawionych palców z niepołączonymi z nimi pazurami i trochę mniejszy ślad tylnej łapy w idealnie prostej linii tuż za pierwszym, w odległości około 80 centymetrów. Wielkość śladu przedniej łapy to tak w przybliżeniu połowa odcisku dużej, ludzkiej obutej stopy. Ślad z pewnością nie należał do psa. To był wilk! Tego jestem pewna, nie wiem tylko czy wilk był sam, czy w towarzystwie swoich pobratymców. Podłoże przeszło z piaszczystego w trawiaste, nie miałam więc możliwości aby dalej obserwować dokąd zmierzał właściciel pozostawionego śladu. Szansa na spotkanie z wilkami jest niewielka, zwierzęta te są płochliwe i raczej prędzej zauważą mnie niż ja je i odczekają aż odejdę. Trochę szkoda, chętnie popatrzyłabym na nie z bliższej (bezpiecznej!) odległości, ale idąc z psem, a szczególnie z moim psem, szans na to nie mam żadnych. Bella, gdy tylko zwęszyła ślad wilka, była wprost nie do opanowania. Podekscytowana, a jednocześnie drżąca i ciągnąca mnie za sobą na smyczy jak nigdy dotąd. Musiałam wrócić z nią do domu inną drogą niż chodzimy zazwyczaj. A po powrocie nierozsądnie i nieopatrznie opowiedziałam Piotrowi o śladzie wilka na ścieżce. Zbladł.
    -Nie będziesz już chodzić po lesie z psami - powiedział jak na siebie bardo stanowczo.
    Ależ oczywiście, że będę. I nie ma się czego obawiać, bo nawet jeśli w lesie nadal są wilki, to pójdą w swoją stronę, ja w swoją i w drogę sobie wchodzić nie będziemy.
  • Galopy, galopki i galopady

    Żyję ostatnio w bezustannym, aczkolwiek dobrowolnie narzuconym sobie galopie i aż trudno mi się zatrzymać aby zasilić bloga nowymi doniesieniami. Będzie więc zwięźle i krótko - najpierw o galopie, potem nieco o Belli. Wspomniany galop to nic innego jak codzienny, mocno wydłużony i połączony z biegiem ambitnie traktowany spacer. Ponoć co nas nie zabije, to wzmocni... Ano pożyjemy i zobaczymy. Na razie czuję się dobrze, sześć kilometrów dziennie bez względu na pogodę daje trochę w kość, ale nie aż na tyle aby użalać się nad sobą. Sześciokilometrowy dystans przemierzam codziennie i nawet planuję go wydłużyć.

    Zażyczyłam sobie krokomierz, a Piotr mimo swoich dowcipów i sentencji w temacie, sprawił mi szykowny, funkcjonujący i napawający mnie niekłamaną dumą licznik moich stąpnięć, przemierzonego dystansu i paru innych wartości może mało potrzebnych, ale mobilizujących do długich spacerów i sprawiających niekłamaną radość.

    Ponoć równie dobrze zamiast ilości kroków, kilometrów i zużytych kalorii mogłabym liczyć mijane drzewa w lesie, ale to tylko złośliwe gadanie tych co to w plenerze nie biegają, gnuśni są i nawet krokomierza w posiadaniu nie mają, ich zdanie więc się nie liczy.
    Dzielnie i ze zrozumieniem dla sportu oraz zdrowia towarzyszy mi Bella i pewnie chętnie pobiegłaby nie tylko nasze wspólne, marne 6 kilometrów, ale ze dwa razy dalej. Ma w sobie ducha sportowego ta moja psina, a ja póki jej ciąża jeszcze nie zaawansowana pozwalam jej na biegi, co też ją i mnie bardzo cieszy. Nawet gdy siąpi deszcz....
  • Nastroje przed wystawą

    Jutro Naczelny wraz z Mon Cheri będą się wystawiali w Poznaniu na międzynarodowej psiej imprezie. Już śpią i zbierają siły na zamiary. Ja podenerwowana szukam sobie jakiegoś zajęcia. Nie jest łatwo tak przed wystawą odprężyć się i pójść sobie spokojnie spać. I nie chodzi już o samą wystawę (choć nie ukrywam, że dobra lokata wpływa wspaniale na samopoczucie), lecz o dojazd do niej, pobyt, wystawianie i tysiąc małych zdarzeń z tym wydarzeniem związanych. W sumie stres ogromny. Zawsze niebezpiecznie grasuje mi wyobraźnia gdy Piotr wyjeżdża z domu, zaraz ogarnia mnie niepokój tak charakterystyczny dla nadopiekuńczych żon, zaraz dopadają mnie myśli w rodzaju: "dlaczego on nie dzwoni, dlaczego nie odbiera telefonu, a może coś się stało, a może....". Niepoprawna jestem w tej kwestii, on jeszcze nie wyjechał z domu, a ja już dygoczę, już w nerwach, już martwię się na zapas.
    Dobrze, że psy są przy mnie, potrafią wpłynąć na mnie mentalnie do tego stopnia, że przestaję się mazgaić i mogę się przestawić na inny niż histeryczny tor myślowy, w stylu: "wszystko w porządku, nie ma powodu do zmartwień". I chyba faktycznie nie ma powodu do zmartwienia skoro moje zwierzęta bez żadnych złych przeczuć śpią twardo.

Strona 5 z 21, łącznie 102 wpisów