Shar Pei z Bonomielli

  • Sierpień, 2009
  • Plac zabaw Mo

    Minęły dwa dni pobytu w nowym domu.
    Generalnie w mieszkanku mała Mo czuje się bezpiecznie i beztrosko. Nie wchodzi jeszcze do łazienki i na przerażający balkon. Największą atrakcją mieszkanka jest za to plac zabaw.

    Pan
Marchewa to dobry duch Morcheeby
    Pan Marchewa
    Pies
z kotem, u nas standardowo ale bez ofiar.
    Pies kontra kot
    Gryzienie na tym
etapie to meritum zabawy
    Dbanie o zgryz
    Staramy się
nadążyć za potrzebami Mo
    Gryzaki do wyboru
    Brakuje tylko błękitnej strzały, bo tu się nie zmieści.
    Kochane od pierwszego spojrzenia










    Są i sznurki, szeleszczący i grzechoczący kwiatek, Kot-poducha no i niezłomny Pan Marchewa. Do tego dwa komplety naszych rąk i wszystkie pomysły, na które wpadniemy, aby uatrakcyjnić czas spędzany wspólnie.
    A ponieważ kontynuujemy nieprzespane noce dziś krótko. Poniżej trzy z moich czterech miłości od pierwszego wejrzenia. Trzy, bo błękitna 323 nie mieści się w mieszkanku ;-)
  • Podróż Mo do domu

    Generalnie Morcheeba była niesłychanie spokojna i dzielna. Gratuluję tak wspaniale poprowadzonego maluszka!
    Do Kępna było strasznie, bo i gorąco i stres duży. Musieliśmy się zatrzymać, aby odsapnąć i przewietrzyć auto. Mo była jeszcze mocno przejęta sytuacją, ale ani nie piszczała, ani nie wydawała się załamana. Było po prostu gorąco. Na zewnątrz zmierzyliśmy 30 stopni, więc dużo picia. W grę weszła tylko żółta miseczka.
    Troszkę schłodzona z uspokojonym oddechem, ruszyliśmy dalej w kierunku Ostrowa. Po kilkunastu kilometrach wjechaliśmy w lejący w poziomie deszcz - widoczność do 10m i walący o wszystko grad. Poza zdziwioną mordką przyglądająca się szybom, za którym przestały być widoczne jakiekolwiek obrazki, nie zaobserwowaliśmy żadnego zdenerwowania. Wiola panikowała strasznie, ale po przywołaniu do porządku, przestała denerwować psa. Jechaliśmy więc dalej ale tylko z 40, na więcej nie było mowy, bo na drodze było 7cm wody wymieszane ze świeżo spadłym lodem i nie bardzo było cokolwiek widać. Zrobiło się za to znacznie chłodniej.
    Stres jednak dał za wygraną przed Kaliszem i myszka choć spokojniejsza zwróciła obiad. Postój gdzieś na jakimś małym rynku dobre 20km przed w/w. Chwila spaceru, mnóstwo pieszczot. Kolejne wietrzenie auta i picie. Mo już spokojniejsza. Oddech miarowy, nosek cudnie chłodny i wilgotny. Po wypiciu wody jedziemy dalej.
    Kalisz to mały przełom. Myszka już bardzo spokojnie leży i jeśli w ogóle podnosi główkę, to tylko wówczas, gdy zdarzy się coś dziwnego - zmiana nawierzchni, stanie w korku, bo ruchem kierują policjanci.
    Zatrzymaliśmy się na dłużej. Równiutko skoszona trawa pod McD pozwoliła maluszkowi opróżnić pęcherz i troszkę się wybiegać. Jest jeszcze ciepło (dobre 27 stopni, ale zapada zmierzch i auto staje się przyjemnie ciepłe, ale nie zagotowane.
    Pierwotnie zatrzymaliśmy się przy starym mieście. Ja chciałem zjeść, ale w Pan w Sphinxie, mimo mojego wcześniejszego pytania, czy mogę wejść ze szczeniakiem (na zewnątrz za bardzo wiało), zmienił zdanie i stwierdził, że z psem nie ma mowy. Myślał, że pytam o dziecko?! Byłem już mocno zmęczony, ale zacisnąłem zęby i nie pytałem kelnera, jak na to wpadł, żebym stojąc z miską dla psa, pytać, czy można wejść do restauracji z dzieckiem! Swoją drogą warto wiedzieć, że trzeba pytać, czy dzieci też mogą wejść do knajpy (sic!)
    W McD nikt o maluszka nie pytał, bo nie wchodziliśmy do środka. Było zresztą o wiele przyjemniej na równiutko skoszonej trawce. Za to wielkie oczy i achy i ochy okolicznych autochtonów bezcenne.
    Tu także Mo zakosztowała wody z niebieskiej miseczki. Bez większego zastanowienia i ociągania. Martwię się tylko, że przy żonie Mo się cieszy i uspakaja, a przy mnie opuszcza smutno ogonek i wygląda tęsknie za Pancią.
    Do Konina docieramy w prawie ekspresowym tempie. Puste, kręte drogi pozwoliły mi na chwilę odprężenia i relaksu. Gdzieś po prawej widać olbrzymią ilość piorunów. W aucie chłodno (koło 21 stopni), Mo lekko przysypia z wpół-połkniętym palcem Wioli w paszczy.
    Jest po 11. Mamy dobre 250km do domu i znów robimy postój. Znów przy McD. Równe zadbane trawniki małej Mo wyraźnie przypadły do gustu. Poza siusiu robi także kupkę. Tu także przełamujemy z córcią lody. Karma podana na mojej ręce, lekko zwilżona chłodną wodą z termosu bardzo smakuje. Morcheeba wreszcie spokojna, a tatuś pęka z dumy.

    Read More

Strona 20 z 20, łącznie 97 wpisów