Blog hodowli shar pei, aktualne wydarzenia ilustrowane zdjęciami, wszystko o naszych psach, tych co mieszkają z nami i tych co to już w nowych domach.

  • Grudzień, 2007
  • Cztery Shar-Pei na spacerze


    Zawieruszony aparat fotograficzny się znalazł. Zawieruszył się natomiast Piotr, który pojechał na zakupy gdy jeszcze spałam. Mnie wyciągnąć do sklepów jest raczej trudno, a teraz gdy w nich panuje przedświąteczny terror, wręcz niemożliwie.

    Przedpołudnie wprost wymarzone do spacerów. Szybko wlałam w siebie kawę i postanowiłam pójść z Miśkiem przez pola w stronę słońca. Pozostałe psy uparły się, że będą nam towarzyszyć. Pisk, skowyt, bieganina, skoki, błagalne spojrzenia mi w oczy... Zabrałam ze sobą czwórkę, co nie było zbyt rozsądnym posunięciem. Sunie, jako te grzeczne puściłam luzem, Miśka trzymałam na długiej smyczy. Miło było patrzeć na hasającą gromadkę... Doszliśmy do miejsca ogrodzonego długim betonowym płotem i wtedy stało się... Misiek wysunął się sprytnie z obroży i pokłusował w stronę płotu, a zaraz za nim pozostałe psy.
    Bieg wydarzeń mogłam najpierw obserwować z oddali - nie jestem tak szybka w nogach jak moje zwierzaki. Widziałam Miśka i Bellę biegających wzdłuż ogrodzenia, Tequillę przeciskającą się od ziemi na drugą stronę płotu i Rondę zawzięcie kopiącą dół pod betonowymi blokami. Po drugiej stronie ogrodzenia znajdował się przerażony oblężeniem przez cztery shar-pei, wielki owczarek niemiecki, który całkiem rezonu nie stracił bo trzepnął łapskiem pysk Tequilli, znajdujący się już wewnątrz ogrodzenia, a dokładnie pod nim. Dotelepałam się w końcu do lekko skaleczonej Tequi i załozyłam jej smycz, zapięłam też Miśka i ... zabrakło mi dwóch rąk aby chwycić pozostałe psy. Bella i Ronda galopując wzdłuż płotu nagle ogłuchły, więc nie było szansy abym mogła je dowołać.

    Wyciągnęłam z kieszeni telefon i zadzwoniłam do Piotra, który właśnie dojeżdzał do Bralina. W ciągu 5-ciu minut dojechal do nas polną drogą, ryzykując przy tym urwanie kół samochodu i zawieszenia. Sytuacja została opanowana!

  • Dzień w domu

    Planowałam dzisiaj wypad z psami do Kobylej Góry. Nigdy nie byłam w tej miejscowości, słyszałam tylko o pięknych terenach do spacerów, o jeziorze i paru atrakcjach turystycznych. Poza tym chciałam zobaczyć miejscowość, której nazwa mocno działa mi na wyobraźnię. Niestety z wycieczki nici - nie mogłam po przedświątecznych porządkach znaleźć aparatu fotograficznego, straciłam przez to humor i przesunęłam termin zwiedzania okolic Kobylej Góry na czas gdy aparat się znajdzie. Piotr widząc moj marny nastrój przestał docinać abym dała prześwietlić psie żołądki i ugodowo zaproponował, że jutro pomoże w poszukiwaniu aparatu. Pomyślałam, że parę dni bez aparatu wytrzymam a jeśli się nie odnajdzie to będę miała pretekst aby upominać się o nowy. W przyrodzie ponoć nic nie ginie, w moim domu owszem - może więc jakiś nowy panasonic albo sony... Ach, rozmarzyłam się...

    Po południu odwiedziła mnie koleżanka z 4-letnim synkiem. Mały jadł szarlotkę tak, że nie tylko okruchy ale i masa jabłeczna wyciekały mu pomiędzy palcami wprost na podłogę. Aby nie dopuścić do awantury pomiędzy psami (każdy chciał chwycić spadające okruchy), kolejno grzecznie ale stanowczo wyprowadzałam je z pokoju. Udało mi się wyprowadzić suki, wróciłam po Miśka i... zastałam ryczące w niebogłosy dziecko z rączką już bez szarlotki, oblizującego się Miśka i przerażoną matkę malca.
    - Masz bardzo niedobrego psa, zabrał dziecku ciasto i zeżarł, mógł mu przecież odgryźć rączkę - powiedziała z trwogą.
    - Hi hi - pomyślałam w duchu.
    Przeprosiłam panią za zachowanie psa i już miałam go skarcić, gdy nagle przypomniało mi się, że dzień wcześniej Piotr określił ciasto mojej roboty mianem gniota. Miśkowi jednak smakowało. Dobry piesek, docenił mój trud!
  • Shar-Pei i szkolenie

    Bella, sunia po spokojnych i zrównoważonzch rodzicach ma temperament połączony z dosyć specyficznym poczuciem humoru. Ten nasz domowy komik rozbawia nas do łez, obcy jakoś nie potrafią docenić jej figlarności. Dzisiaj Belcia na spacerze wywinęła swój popisowy numer: na widok znajomej osoby pomknęlą w jej kierunku jak oszalała, jeden skok i torebka ofiary już była w psiej paszczy. Belcia wraz z torebką zataczała galopem wokół znajomej koła, ta zaś przeklinała psa, a ja nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. W końcu ubłocona torebka wróciła do właścicielki, a mnie nie pozostało nic innego jak wziąć psa na smycz, nogi za pas, i uciekać gdzie pieprz rośnie.

    Piotr uważa, że musimy się poważnie zająć edukacją Belli i zapisać ją na kurs psa towarzysza w Związku Kynologicznym. Nie mam zdania na ten temat ale jeśli mój mąż ma ochotę trzy razy w tygodniu chodzić z psem na ćwiczenia to może choć jednemu z nich wyjdzie to na dobre. Ja na pewno na żadne szkolenie się nie wybiorę. Raz próbowałam z Miśkiem, niestety szkolenie nie zaowocowało sukcesem, mimo że wytrwale ćwiczyłam Miśka i siebie. Trener uważał, że wszystko robię na opak, ale przecież do współpracy potrzeba dwojga a Misiek interesował się wszystkimi dookoła a nie lekcją. Szkolenie Misia zakończyło się po tym gdy trener postanowił mi zademostrować jak to ON poradzi sobie z psem. Po kilkunastu minutach lekcji pokazowej spasował i pożegnał nas raczej chłodno.

    OK, teraz kolej na Piotra i Bellę. Zaczynają w lutym.
  • To i owo

    Od paru dniu blog leży przysłowiowym odłogiem, jako że całą swą energię poświęciłam budowaniugalerii. Nie ma się czym chwalić, galeria nie funkcjonuje tak jak powinna, więc dla bloga i jego czytelników zrobię inną. Pomysł już jest, brak tylko czasu na realizację. Komputer, który jeszcze do niedawna był moim ukochanym dzieckiem powoli zaczyna mnie męczyć - albo starzeję się zbyt dynamicznie, albo też za dużo mam pracy. Moja pierwsza strona nieuaktualniana już od miesięcy, mojej drugiej strony jakoś nie potrafię polubić bo kolorystycznie kojarzy mi się z zakładem pogrzebowym. Sama takie barwy ustawiłam, a teraz marudzę... Pod opieką mam kilka innych stron i praktycznie nie ma dnia z prośbą o pomoc lub aktualizację. Ach, zapomniałam dodać, że jeszcze jest forum, któremu od pewnego czasu pozwoliłam żyć tak jak mu się podoba bo wszystkiego ogarnąć nie sposób.

    Życie to nie tylko świat wirtualny, realia odgrywają w nim rolę wiodącą przez różne zakręty zwane pospolicie problemami, od których nie ma ucieczki. Nawet psiorki mają swoje problemy - weźmy na przykład Miśka. Największym problemem Miśka był Delfin, nienawiść do niego rosła z każdym dniem aż w końcu wygryzł Blondaska z domu. Można by rzec, że to Delfin sam wygryzł się do innego domu, trudno dociec, kto z tego duetu wygryzał mocniej. Pozwolicie, że zaoszczędzę wam opisów ile to krwi się lało, ile to chirurdzy mieli roboty i jak strasznie było mi smutno gdy Delfinek odjeżdżał. Temat Delfinka powróci jeszcze nie raz, niebawem zostanie on ojcem, nie omieszkam wtedy opisać szczegółowo jego potomstwa.

    Dzień dzisiejszy to nie tylko dzień wspomnień ale przede wszystkim wydatków. Rachunek za telefon to pikuś w porównaniu z rachunkiem za 75 kilogramów karmy dla psów. O rachunku za prąd już nie wspomnę. Mimo, że każdy za rachunki płacić musi to dla mnie jest słabą pociechą. Za każdym razem gdy otwieram kopertę z rachunkiem czuję się tak jakby ktoś wyrządził mi świństwo. Zniesmaczyły mnie dzisiaj rachunki a niebo w kolorze owsianki, której od dziecka nie znoszę, odstraszyło od spaceru. Pozytywnym wydarzeniem było ugotowanie przez Piotra obiadu. Mówcie co chcecie, ale mąż jest dobrą rzeczą.
  • Przesądy i błędne pojęcia

    Często otrzymuję zaskakujące mnie pytania od posiadaczy psów, którzy swoją wiedzę kynologiczną zaczerpnęli z przedziwnych opowieści. Postanowiłam więc odpowiedzieć hurtem i sprostować niektóre dość zakorzenione w społeczeństwie pojęcia dotyczące zdrowia psów i ich potomstwa.

    - Nieprawdą jest, że psy rasowe są wrażliwsze na choroby zakaźne niż mieszańce.
    - Nieprawdą jest, że pies z bólu czy po zjedzeniu gorącego pokarmu dostać może wścieklizny. Jest to oczywisty nonsens, ale dawniej (od starożytności aż do końca XVIII w.) wierzono w jeszcze gorsze bzdury: że jeśli się psu wytnie wędzidełko spod języka (co za ból!), to nie zachoruje na wściekliznę.
    - Nieprawdą jest, że od słodyczy pies dostanie robaków. Ten przesąd też ma starą proweniencję.
    - Nieprawdą jest, że od mięsa i kości psu ropieją oczy.
    - Nieprawda, że pies liżąc sam sobie wyleczy poważniejsze rany. Odwrotnie, zbyt drażniona skóra szorstkim językiem i ciągle nasiąknięta wilgocią staje się siedliskiem chorobotwórczych mikroorganizmów.
    - Nieprawda, że przycięcie grzywki przysłaniającej oczy u psów długowłosych spowoduje ślepotę.
    - Nie zawsze suchy nos oznacza chorobę.
    - Nie wolno skąpić szczenięciu witaminy A w nadziei, że nie urośnie zbyt duży. Prawdą jest natomiast, że niedobór witaminy A spowoduje słabszy jego rozwój i większą wrażliwość na zachorowania.
    - Nieprawdą jest, że pies po to je trawy aby oczyścić żołądek poprzez zwymiotowanie. Pies nie pojmie takiego związku przyczynowo-skutkowego; on zjada trawę chyba kiedy sucho mu w pysku, czasem kiedy jest głodny lub ma zapotrzebowanie na witaminy, cierpi na coś, względnie ma poczucie dyskomfortu, np. gdu jest czymś podniecony lub zdenerwowany.
    - Żadna suka nie musi być, choć raz, mówią że dla zdrowia pokryta. Najwyżej zostanie starą panną.
    - Na występowanie ciąży urojonej nie mają wpływu okresowe macieżyństwa suki.
    - Nie wiadomo jaki wpływ ma ciąża i macierzyństwo suki na ewentualne powstawanie ropomacicza; prawdopodobnie żaden.
    - Nieprawdą jest, że po przygodnym pokryciu rasowej suki kundlem, zostanie jej na całe życie ta skaza. Następne krycia z psem jej rasy dawać będą prawidłowe potomstwo.
    - Znikoma jest szansa aby potomstwo odziedziczyło po rodzicach cechy uśrednione, czyli nie jest sensowne dobierać partnerów z wadami ekstremalnymi, np. psa ze zbyt szeroką głową do suki ze zbyt wąską głową. W sumie jedna wada po dodaniu do drugiej nie da oczekiwanego rezultatu.

Strona 158 z 161, łącznie 801 wpisów