Shar Pei z Bonomielli

No i co dalej?

Poniedziałek był dniem, który bezsprzecznie i nieodwracalnie utkwił w mojej głowie. Część wydarzeń z nim związanych było miłych, część stanowiła ich nieoczekiwaną i niechcianą odwrotność.
To przede wszystkim pierwszy dzień, gdzie w zgodzie z prawem i zarządzeniem Nadleśnictwa znów można było przekroczyć granicę lasu. To, że na spacer wśród drzew, Morcheeby nie muszę szczególnie zapraszać, większość wie, więc z uwagi na dłuższą przerwę, aby się wybiegać, odwiedzając stare i nowe miejsca, pojechaliśmy we dwójkę. A że temperatura była dość wysoka w ciągu dnia, więc na leśnym parkingu błękitna strzała zatrzymała się o dziewiątej dwie. Późno-wieczorowa pora to ostatnio konieczność, bo tego co Mo nie znosi najbardziej to więcej niż dodanych osiemnastu Celsjuszy naraz. Ja zresztą także, więc mając przy okazji niemal pusty las, cicho szumiące liście i wytchnienie od słońca, buszujemy do zmroku. Zimą zabierałem ze sobą światło, teraz to balast z którego z zasady rezygnuję, zwłaszcza że zawsze mam do dźwigania wodę, miskę, lejek (a jak!), pieluchę i z tymi 3kg muszę za sunią nadążyć. Poniedziałek to także ósmy dzień zaobserwowanej cieczki, więc generalnie/ teoretycznie wkraczamy w okres dużego, namolnego, nieskrępowanego i niepohamowanego popędu samczych czworonogów. Mo i bez cieczki dla większości psiaków jest "pożądanym obiektem uciech cielesnych", stąd miewam oczy dookoła głowy, a zmysły wyostrzone jak u myśliwego siedzącego na zasadzce po zażyciu niedozwolonych środków. Przyjemne powietrze, spokój i moja chęć nie stanowienia brony do ciągnięcia przez las, sprawiła, że gdy tylko oddaliliśmy się od drogi Mo została pozbawiona smyczy. To znaczy ja zostałem ze smyczą, a Mo w swoich modnych fioletowych szelkach samodzielnie wkroczyła w ostępy. Uwielbiam patrzeć, gdy się zachwyca otoczeniem, jak węszy w ściółce, na nowo odkrywa ścieżki, góry i doły. Zostaliśmy zauroczeni klimatem dawno nieodwiedzanego lasu. Pomaszerowaliśmy dalej. Mo pomaszerowała, ja zwykle na starcie mam udzielone wspaniałomyślnie fory i mogę li tylko truchtać. Potem przechodzimy w regularny bieg, któremu załamania terenu, strome wspinaczki i skoki przez zwalone drwa nadają tylko esencji, bo o zmniejszeniu tempa przemieszczania nie ma mowy.
Telefon wyświetla kwadrans po dziewiątej. Zostały nam już tylko trzy przed zapadnięciem całkowitego mroku. Niby niebo dziś czyste, łysy spory, ale w lasach liściastych to tylko tapeta, nie zmieniająca istoty rzeczy. Mo oddala się w lewo, w głębokiej dolinie, którą eksplorowaliśmy zimą, jest źródełko i często odwiedzane (bo niezawodnie mokre) żerowisko dzików. W uszach brzmi jednostajna cisza, przerywana trzaskiem patyków i szeleszczących liści rozrzucanych przez biegnącą moją cudną sunię. Potem nastaje wymowna cisza. "Węszy i się zaciąga", pomyślałem dokładnie tak, jak uspakajam w tym miejscu małżonkę, bo psiny ani widu, ani słychu. Zatem liczę w myślach: jeden - dwa - trzy ... i tak do dwudziestu, by przywołać słodki pyszczek. - Mooo!!! W odpowiedzi słyszę tętent wspierany przez miażdżoną zieleń. Rozdziawiona szczęśliwa paszcza, plus umorusane błotem poltachy to znak, że biegniemy dalej. Jak w niezawodnym zegarku. To powtarzalny proces: Mo potrzebuje do pół minuty aby zrobić nalot, rozpocząć przeszukanie, zebrać odciski i dokładnie spenetrować intrygujące ją miejsce. A wierzcie mi, że zwęszy najmniejszy ślad!
Dlatego też, po wspomnianej chwili wytchnienia, energicznie wspięła się na trzystumetrowe zbocze i dobrotliwie oglądając się czy nadążam, przystawała na chwilkę. Potem pospiesznie obiegła prawym łukiem szczyt i zamarła. Widziałem jak bezszelestnie stawia łapy, jak opuściła linię grzbietu i zaczęła się całkowicie bezgłośnie skradać. Jeszcze tylko przebiegnę te dwadzieścia metrów i może zobaczę o co chodzi. Sarna. Młoda łania na pobliskim zboczu kolejnego wzniesienia. Gdy wreszcie dostrzegłem smukłą parzystokopytną, Mo już wystartowała z pełną prędkością. Towarzyszący ów trzask listowia niczym podczas burzy i prędkość jaką osiągnęła moja podopieczna aż zamurowała tubylczynię. Początkowa set-metrowa odległość stopniała do nastu w czasie między moimi kolejnymi mrugnięciami. - Mo, nie wolno! Zawołałem ale pogoń trwała i ocierała się o skuteczność. Pierwszy raz widziałem jak sarna błądzi zmieszana i zdezorientowana między drzewami, tracąc siły i czas potrzebny do ucieczki. Mo tymczasem zjeżona, wytężająca swój zmysł łowcy, zbliżała się do płowej z dziecinną łatwością, niczym najskuteczniejszy pocisk ziemia-ziemia. Biegnąc co tchu, z ledwością nadążam za przemieszczającą się scenerią dramatu. Okulary korekcyjne zostawiam na czas spaceru (tak to się nazywa!) w aucie i teraz klnę na siebie, bo zaraz stracę psinę z oczu i jej nie wypatrzę, bo jestem krótkowidzem! - Mo! Nie wolno, do mnie! - wyrzucam gdy Morcheeba znika za załomem skarpy. Zapada nieznośna cisza.
Taaa. Mo wraca od razu, z wywalonym jagodowym jęzorem i oczami mówiącymi tylko jedno: "daj pić Pańcio!" Daliście się nabrać? Ja też, nie pierwszy raz i nie ostatni. Czemu Mo miałaby przerywać zabawę, gdy ją o to nie proszę? Wystarczy powiedzieć i już, czyż nie mam racji? Chwalę za posłuszeństwo, tulę nieprzytomnie i między kolejnymi haustami powietrza po przełajowym sprincie, ściskam małą z radości. Miska zostaje osuszona w czasie niewiele dłuższym niż jej napełnienie. Z walącym sercem i huczącym ciśnieniem w głowie powoli ruszamy dalej. Mo ładnie idzie przy mnie i cierpliwie przyjmuje wszystkie zasłużone pochwały i czułości.
Zatrzymujemy się na przełęczy - łączce, powoli łapię oddech i ponownie wyciągam miskę, bo Morcheeba niedwuznacznie się oblizuje. Zza górki pojawia się z nikąd natarczywe ujadanie. Kolejne groźne hau, przeplatane dziwnymi jękami i urwanymi warknięciami. Mo strzyże uszami. Pytająco patrzy na mnie i odchodzi na bok. Przystaje, nasłuchuje i rusza. Krzyczę i wołam aby wróciła, ale nic jej nie zatrzymuje. "Znowu to samo" - pomyślałem, dokończyłem nalewać wodę i czekam. Szczeki nie ustają, a dobiegają z przeciwnej strony wzniesienia, niż pobiegła Mo. Obcy pies zawodzi denerwująco i odnoszę wrażenie że ujada coraz zajadlej. Chwila ciszy. Gęsto nadawany szczek rozbrzmiewa ponownie, mniej przyjaźnie, głośniej i wzbogacone o charczenie. Dość żartów. Wylewam wodę, wbiegam na górkę i nie przestaję wołać Mo. Bezskutecznie. Nieprzyjazne szczeki oddalają się, gdzieś nikną i choć w lesie robi się już ciemno (9:40 - 9:50pm) i totalnie bezwietrznie, nie widzę ani Mo, ani ujadacza. Coraz głośniej i bardziej zniecierpliwiony wołam Mo, ale po dotarciu na szczyt zatrzymuję się w głuchej ciszy. Robi się nie fajnie, widoczność mam na pięćdziesiąt metrów, a gdy nasłuchuję nie słyszę totalnie nic. Wołam Mo coraz głośniej, wyraźnie podświadomie nadając wokalizie absolutnie nieudawany niepokój i strach. Minęła już dziesiąta. Biegam to tu, to tam, wdrapując się pospiesznie na górki, by dać szansę wybrzmieć mojemu wołaniu w gęsto upchanych w lesie dolinach. - Mooo! Kwadrans później zlany potem, coraz częściej potykając się o korzenie, których już nie widzę, jestem świadomy, że przebiegłem już 3 - 4 kilometry po okolicy, z miejsca w którym ostatni raz widziałem oddalającą się Mo. Może gdzieś ją przeoczyłem? Wracam na przełęcz, drąc się w niebogłosy, jakby mnie obdzierali ze skóry. Potem po raz kolejny zataczam pętlę, nasłuchując po każdym wołaniu wszelkiego, nawet nieistniejącego szelestu. Niekiedy płonne nadzieje daje mi zbudzony ptak (innym razem wrócę i powyrywam im pióra z...). Niedobrze. Nie mam światła, bez okularów widzę już tylko na dwadzieścia metrów w płaskim terenie, a tego tu praktycznie nie ma. Postanawiam jak najszybciej wrócić do auta, zostawić ciążący i przeszkadzający w biegu bagaż i z okularami wrócić by kontynuować poszukiwania. Z auta zadzwonię do brata, by przywiózł mi żonę i światło z mojej szafy. Myśli przelatują mi przez głowę i wyciskają łzy. Półświadomy nie wiem jak pokonuję dwa kilometry i otwieram bagażnik. Wrzucam torbę i zdejmuję bluzę. Jestem mokry i choć pojawia się zimny przeciąg nawet o tym nie myślę. Muszę jak najszybciej wrócić do lasu! 10:32pm.
  • Twitter
  • Facebook

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Zamknięcie tekstu w znakach gwiazdki spowoduje jego wytłuszczenie (*tekst*), podkreślenia są tworzone przez zastosowanie _tekst_.
Standardowe emotikony jak :-) lub ;-) będą zmieniane na ich graficzną wersję.
Adresy e-mail nie będą pokazywane i będą używane tylko do celów wysyłania powiadomień drogą e-mailową
:'(  :-)  :-|  :-O  :-(  8-)  :-D  :-P  ;-) 
BBCode format dozwolony

Komentarze poddawane są moderacji przed opublikowaniem ich na stronie.