Wpisy z Listopad 2010

  • Listopad, 2010
  • Jesień kalendarzowa, czyli wściekła zima

    Piotr w roli odśnieżacza
    Mamy przecież jeszcze jesień, nie żaden styczeń, ani tym bardziej luty, ale ciągle jeszcze listopad, a tu taki afront ze strony aury, że aż się wyć i tupać ze złości by chciało. Termometr zaokienny wskazywał rano minus 11, a widok z okna na od wczoraj stojący pod śniegiem samochód uświadomił, że jak nic jesteśmy uwięzieni i tylko ciężka praca szuflą, skrobakami, tudzież innymi anty-śniegowymi narzędziami jest w stanie przywrócić nam drogę ku wolności. A walka ze śniegiem wygląda tak, że ja narzekam i się martwię, a odśnieża Piotr. Na swoje usprawiedliwienie powiem, żę mamy tylko jedną szuflę i nijak da się używać jej w duecie.

    Pampus. Jego śnieg cieszy, nawet gdy śięga mu po brzuch
    Bella podnosi na przemian, którąś z łap. Jest jej za zimno w stopy
    Znowu powrócił temat pługu odśnieżającego, najlepiej takiego co to sam by jeździł, sam odśnieżał i sam gdzieś poza naszym terenem białe masy magazynował. Oj, zasypało nas śniegiem okrutnie i wcale nam nie do śmiechu. No może tylko Monia i Pampus rozradowani dziecinnie zmianą i wyraźnie zachwyceni białym puchem. Szaleją w nim, tarzają się, przewracają wzajemnie i z zacięciem (chociaż zabraniam!!) jedzą śnieg!

  • Pierwsze "spotkanie" Cypress'a ze śniegiem


    Właśnie Magda podesłała mi między innymi to urocze zdjęcie Cypressa w zimowej scenerii, a do niego komentarz:
    W Poznaniu zaskoczyła nas przepiękna zima i chciałam Pani podesłać kilka zdjęć z pierwszego "spotkania" Cypress'a ze śniegiem.
    Mały był szalenie zachwycony. Wygłupów nie było końca. Spacerki nasze nie trwają długo, zaledwie kilka minut, ale po powrocie do domu Cypresik już czeka z niecierpliwością na kolejne wyjście.

    A u nas ciągle jeszcze jesiennie i trawa jeszcze zielona, a zimy ani widu, ani słychu, ale ponoć już się skrada i w najbliższych godzinach dojdzie i tutaj. Jakoś nikogo z nas ta prognoza nie cieszy, bo zimy to my, proszę Państwa nie lubimy. Oj nie!
  • Ślady wilka

    Wilk szary. Źródło: Wikipedia
    Lubię, chodząc po lesie, napotykać na ślady zwierząt - najczęściej są to kopytne, a jeszcze bardziej cieszy mnie spotkanie z nimi. Jelenie, koziołki, a czasami dziki przecinają mi drogę, zatrzymując się tylko na moment aby popatrzeć kto idzie i w okamgnieniu znikają w leśnym gąszczu. Za każdym razem dla mnie i towarzyszącego mi psa to intensywnie odbierane doznanie, chociaż różnie je odczuwamy. W ostatnich tygodniach nie spotykałam w lesie żadnych kopytnych, a to dlatego, że wyręby drzew, zakłócające ciszę spalinowe piły, rozjeżdżające drogi ogromne pojazdy leśne. Od dwóch tygodni panuje spokój, gdzieś indziej wynieśli się robotnicy leśni, nie ma ani samochodów, ani traktorów. Parę dni temu zauważyłam na piaszczystej drodze ślady kozła.
    -Acha, znowu są - pomyślałam.
    A przedwczoraj na drodze nie do przeoczenia pozostawiony trop czterech szeroko rozstawionych palców z niepołączonymi z nimi pazurami i trochę mniejszy ślad tylnej łapy w idealnie prostej linii tuż za pierwszym, w odległości około 80 centymetrów. Wielkość śladu przedniej łapy to tak w przybliżeniu połowa odcisku dużej, ludzkiej obutej stopy. Ślad z pewnością nie należał do psa. To był wilk! Tego jestem pewna, nie wiem tylko czy wilk był sam, czy w towarzystwie swoich pobratymców. Podłoże przeszło z piaszczystego w trawiaste, nie miałam więc możliwości aby dalej obserwować dokąd zmierzał właściciel pozostawionego śladu. Szansa na spotkanie z wilkami jest niewielka, zwierzęta te są płochliwe i raczej prędzej zauważą mnie niż ja je i odczekają aż odejdę. Trochę szkoda, chętnie popatrzyłabym na nie z bliższej (bezpiecznej!) odległości, ale idąc z psem, a szczególnie z moim psem, szans na to nie mam żadnych. Bella, gdy tylko zwęszyła ślad wilka, była wprost nie do opanowania. Podekscytowana, a jednocześnie drżąca i ciągnąca mnie za sobą na smyczy jak nigdy dotąd. Musiałam wrócić z nią do domu inną drogą niż chodzimy zazwyczaj. A po powrocie nierozsądnie i nieopatrznie opowiedziałam Piotrowi o śladzie wilka na ścieżce. Zbladł.
    -Nie będziesz już chodzić po lesie z psami - powiedział jak na siebie bardo stanowczo.
    Ależ oczywiście, że będę. I nie ma się czego obawiać, bo nawet jeśli w lesie nadal są wilki, to pójdą w swoją stronę, ja w swoją i w drogę sobie wchodzić nie będziemy.
  • Zimno, deszczowo, sennie

    Ohydnie zimno i pada deszcz. Pada tak, że mowy nie ma aby pójść na spacer, nawet na krótki. Zresztą komu by się chciało. No może tylko ja sama bym poszła, bo cały czas cieszy mnie mój nowy krokomierz, ale nie wydaje mi się, że mogłabym któregokolwiek z moich psów namówić aby mi towarzyszył w przechadzce. O Naczelnym już nie wspomnę, bo nie znam ani siły perswazji, ani też przymusu, które to by go z domu w deszczowy dzień wyciągnęły.

    Miłym akcentem dnia są nadesłane mi zdjęcia "moich psich dzieci", co to na całkiem spore psy w swoich rodzinach wyrosły.
    Beata podesłała zdjęcie Nina, Natalia swojego młodszego skarbulka Teveza (Benia to psina Alana), Artur Morcheeby i Pocoyo. D Z I Ę K U J Ę!

    Nino senny
    Tevez - właśnie się obudził
    Tevez w gościnnie w łóżku u Beni
    Tak śpią obie: Po i Mo..
    ..a czasami śpią we troje
  • Galopy, galopki i galopady

    Żyję ostatnio w bezustannym, aczkolwiek dobrowolnie narzuconym sobie galopie i aż trudno mi się zatrzymać aby zasilić bloga nowymi doniesieniami. Będzie więc zwięźle i krótko - najpierw o galopie, potem nieco o Belli. Wspomniany galop to nic innego jak codzienny, mocno wydłużony i połączony z biegiem ambitnie traktowany spacer. Ponoć co nas nie zabije, to wzmocni... Ano pożyjemy i zobaczymy. Na razie czuję się dobrze, sześć kilometrów dziennie bez względu na pogodę daje trochę w kość, ale nie aż na tyle aby użalać się nad sobą. Sześciokilometrowy dystans przemierzam codziennie i nawet planuję go wydłużyć.

    Zażyczyłam sobie krokomierz, a Piotr mimo swoich dowcipów i sentencji w temacie, sprawił mi szykowny, funkcjonujący i napawający mnie niekłamaną dumą licznik moich stąpnięć, przemierzonego dystansu i paru innych wartości może mało potrzebnych, ale mobilizujących do długich spacerów i sprawiających niekłamaną radość.

    Ponoć równie dobrze zamiast ilości kroków, kilometrów i zużytych kalorii mogłabym liczyć mijane drzewa w lesie, ale to tylko złośliwe gadanie tych co to w plenerze nie biegają, gnuśni są i nawet krokomierza w posiadaniu nie mają, ich zdanie więc się nie liczy.
    Dzielnie i ze zrozumieniem dla sportu oraz zdrowia towarzyszy mi Bella i pewnie chętnie pobiegłaby nie tylko nasze wspólne, marne 6 kilometrów, ale ze dwa razy dalej. Ma w sobie ducha sportowego ta moja psina, a ja póki jej ciąża jeszcze nie zaawansowana pozwalam jej na biegi, co też ją i mnie bardzo cieszy. Nawet gdy siąpi deszcz....

Strona 1 z 3, łącznie 13 wpisów