Wpisy z Czerwiec 2010

  • Czerwiec, 2010
  • "Nino, ach uśmiechnij się.."

    NINO ROTUS Bonomiella

    Dzisiaj Beata podesłała mi zdjęcia Nina wraz z komentarzem:
    "Nino. I ktoś zaprzeczy, że z Bonomielli wychodzą najpiękniejsze i zdrowe psy? Prawda, że cala Mamusia i Dziadek Misio?"

    Prawda Beatko, taka najprawdziwsza. Głowa u Nina jak u dziadka Miśka, spojrzenie takie samo jak u mamy Belli, te same oczy ma też siostra Morcheeba, podobieństwo rodzinne niezaprzeczalne.
    Dziękujemy za zdjęcia i komentarz, miłe to bardzo! Piszę w liczbie mnogiej, bo do podziękowań dołącza też się Naczelny, dzisiaj w znakomitym nastroju solenizanta. Przy okazji informacja dla zapominalskich: imieniny Piotra. A wspomniany siedzi sobie w fotelu, odbiera telefony z życzeniami i widać, że podoba mu się ta rola. Psy wokól niego z kokardami na szyjach robią atmosferę, szampan chłodzi się w lodówce.
    No to NARA, świętować idę ZARA.......
  • Pocztówka z nad morza

    Hallo z plaży!
    Pies elegancki.
    Pod parasolem
    Odpoczynek
    Pożegnanie morza
    Synek dwa lata skończył, morza nigdy nie widział, więc trzeba było mu je pokazać. Cała Natalia. No i pojechali sobie nad Bałtyk rodzinnie, o nas nie zapomnieli, kartkę z pozdrowieniami i ze zdjęciami przysłali. Dla mnie i dla wszystkich tu zaglądających.
    Serdeczne dzięki za wyjątkowo piękne zdjęcia, jest czym pocieszyć oko, nieprawdaż?
  • Dalej, po no i co

    Gdzieś w tym całym pędzie nieprzyjemnych i szczególnie posplatanych wydarzeń, wypadło mi kilka ważnych chwil, od których trzeba zacząć ciąg dalszy. Retrospekcja: Dziesiąta z kwadransem. Szaro-bure otoczenie zdało mi się conajmniej nieprzyjemne. Brak psiny przy mnie i jakichkolwiek oznak, że zaraz znów będziemy razem nieznośnie odciska swoje piętno na mojej psychice i podnosi ciśnienie krwi do niebezpiecznego poziomu. Tętno od wielu minut wisi ponad dwusetką po części przez bieganie w górę i w dół bez chwili wytchnienia, z drugiej zaś strony przede wszystkim przez nieplanowane i wciąż niezakończone rozstanie. Czarne myśli przebiegają mi przez głowę, ale gonię jak stado gołębi. Niech zasrają życie komuś innemu.
    Brak okularów mści się coraz bardziej i częściej, albo tylko tak mi się wydaje. Biegam i wołam. - Moo! W końcu, gdzieś moja noga nie znajduje stabilnego podparcia i wykręca mi stopę w sposób którego nigdy bym nie przypuszczał. Ból przeszywa mi trzewia i oprzytomnia na chwilę. Bez światła, bez okularów i z bagażem nie mam najmniejszych szans. Inna sprawa, że nie mam kompletnie pojęcia co robić. Zataczać coraz większe kręgi? Pobiec głównymi drogami do ich zakończenia? Skierować się tam, gdzie zwykle najwięcej dzikich zwierząt? A najbardziej deprymuje mnie myśl, że nie mogę być w tych wszystkich miejscach naraz! A czas płynie, moja psina gdzieś tam jest, zupełnie sama, czego nigdy sobie nie wybaczę. "Dlaczego za nią nie pobiegłem?" - ta myśl świdruje mi mózg najbardziej i nie pozwala rozsądnie myśleć. A przecież staram się zrobić wszystko, co tylko możliwe."Niedostatecznie" - skonfundowałem sam sobie.
    Postanawiam wrócić do auta drogą w lustrzanym odbiciu - tam gdzie wystartowaliśmy, będę na samym końcu. Na chwilę przystaję w miejscu, gdzie widzieliśmy się po raz ostatni. Widzę na kilkanaście metrów, ale czy gdzieś tam przypadkiem nie ma mojej ukochanej psiny, nie mogę obstawiać. Ciemne szarości w czerni nadchodzącej bezgłośnymi krokami nocy, majaczą przyjmując różne figury, które to raz dają mi odrobinę pozytywnego złudzenia, to odbierając bezlitośnie, ukazując prawdziwą naturę mroku. Tylko myślę, że coś widzę, a to co widzę jest zupełnie czymś innym, niż myślę. Rzeczywistość drwi z moich pragnień i kąsa coraz boleśniej i zajadlej. Wszystko jest jakieś poszarpane, wręcz sponiewierane. Przebiegam kawałek, przystaję na chwilę i wołam najgłośniej jak potrafię na wszystkie strony świata. Potem przez kilka ułamków sekundy nasłuchuję. Czegokolwiek, co zakłóciłoby tę beznadziejną ciszę, której pustka coraz bardziej mnie męczy i niepokoi. Kolejne minuty mijają bez żadnej odpowiedzi. Żadnego szelestu, żadnych łamanych patyków, sapania, po prostu nic, zero. Tyk, tyk, sekundy lecą nieubłaganie w nieludzkim tempie. Zbiegam stromo w dół, z trudem łapiąc równowagę - tak, to tu Mo czekała aż ją dogonię i dotrzymam kroku. Trudno się połapać ile zbocza mam już za sobą, bo przemieszczam się bardziej na wyczucie, niż widząc dokąd zmierzam. - Moo! Wołam pełen troski i obaw o najgorsze. Nadal nic. To będzie bardzo długa noc, ale nie przestanę zanim nie znajdę Mo!
    Półświadomy nie wiem jak pokonuję dwa kilometry i otwieram bagażnik. Wrzucam torbę i zdejmuję bluzę. Jestem mokry i choć pojawia się zimny przeciąg nawet o tym nie myślę. Niebieska strzała stoi na parkingu blisko ruchliwej ulicy Słowackiego, szybkiej wijącej się jak wąż wylotówki z miasta, gdzie dopuszczalna prędkość to 70 km/h. Obstaję przy przekonaniu, że Mo nie będzie jej przekraczać między samochodami i nawet nie pozwalam pracować wyobraźni, co mogłoby się stać jeśli moje przekonania rozminęłyby się ze stanem faktycznym. Przejeżdża duża ciężarówka, której łoskot przetacza się z siłą niewidzialnej fali przebijając się przez skraj lasu i wnikając głęboko w jego już niemal czarną czeluść. Szeleszczą liście. Odruchowo powtarzam: - Moo!
    Zmęczone oczy, zapewne przekrwione od naiwnego, ale niezłomnego i oddanego wypatrywania psiny tam, gdzie jej nie ma, zalane szczypiącymi kroplami potu spływające hurtem z mojej głowy, kieruję w ścianę lasu. Serce tłucze nieprzytomnie, dyszę niespokojnie, łapczywie łapiąc kolejne porcje powietrza. 10:32pm
    Łamią się jakieś patyczki, szeleszczą liście. - Moo! powtarzam jak w amoku, bo jest to silniejsze i niezależne od zmęczenia i nie pozwala na żadną krztę zwątpienia. Znowu zapada prześladująca mnie od czterdziestu minut cisza. Potem wyłapuję kolejne następujące po sobie odgłosy. W mroku, między liśćmi krzaków przy drodze pojawia się powoli nos, poltachy i wreszcie duże wystraszone oczy Mo. Szybko upewnia się, że to ja i podchodzi nieśmiało. Jest bardzo przestraszona, jakby obwiniała się za tę całą sytuację, ale nie słusznie. Tulę ją najczulej jak potrafię, ani na chwilę nie przestaję całować nie mogę nacieszyć się swoim szczęściem. Setki razy powtarzam jej, że ją kocham najbardziej na świecie i że jest bardzo mądrą psinką. Zawsze hołdowałem zasadzie pilotów: "tyle osób z iloma zaczynasz podróż, tyle ją kończy."

    Post factum: Była sucha, nie zmęczona, ot tak piła wodę z miski ale nie z pragnienia. Stawy nie były gorące, tak samo jak i opuszki łap. Ujadający pies,
    w jedynie sobie znany sposób wystraszył ją i postanowiła bez zwłoki wrócić do auta. Droga, którą miała do pokonania składała się z jedenastu (!) skrzyżowań i trzech przejść bez ścieżki. Morcheeba była na tyle świadoma sytuacji, że gdy doszła do auta, zajrzała przez boczne szyby, czy mnie w nim nie ma - dopiero później spostrzegłem oblizane i wymazane błotem i śliną klamki, co umknęło bo najpierw otworzyłem bagażnik. [Przypuszczalnie dostrzegłbym ten fakt, gdybym sięgnął po okulary w schowku w podłokietniku.] Ponieważ auto stało w ruchliwym miejscu, w którym często pojawia się także pieszy czy rowerzysta, przezornie schowała się w rowie głębokim na dwa metry tuż przy aucie i wyczekiwała w bezruchu. Z parkingu nikt nie miał szans jej zauważyć, czy usłyszeć, nawet gdyby nie było ciemno. Nie wyszłaby zanim nie usłyszałaby mojego głosu, lub poczuła mojego zapachu. Zaimponowała mi logiką działania, przenikliwością planowania i inteligencją. Wiedziałem, że jest niezwykle mądra i bezbłędnie zapamiętuje teren, byłem też przekonany, że potrafiłaby wrócić do auta gdyby się zgubiła, ale nigdy nie sądziłem że przekonam się o tym w tak spektakularny sposób. Nie mniej jednak obiecaliśmy sobie, że nie będziemy tego robić więcej.
  • No i co dalej?

    Poniedziałek był dniem, który bezsprzecznie i nieodwracalnie utkwił w mojej głowie. Część wydarzeń z nim związanych było miłych, część stanowiła ich nieoczekiwaną i niechcianą odwrotność.
    To przede wszystkim pierwszy dzień, gdzie w zgodzie z prawem i zarządzeniem Nadleśnictwa znów można było przekroczyć granicę lasu. To, że na spacer wśród drzew, Morcheeby nie muszę szczególnie zapraszać, większość wie, więc z uwagi na dłuższą przerwę, aby się wybiegać, odwiedzając stare i nowe miejsca, pojechaliśmy we dwójkę. A że temperatura była dość wysoka w ciągu dnia, więc na leśnym parkingu błękitna strzała zatrzymała się o dziewiątej dwie. Późno-wieczorowa pora to ostatnio konieczność, bo tego co Mo nie znosi najbardziej to więcej niż dodanych osiemnastu Celsjuszy naraz. Ja zresztą także, więc mając przy okazji niemal pusty las, cicho szumiące liście i wytchnienie od słońca, buszujemy do zmroku. Zimą zabierałem ze sobą światło, teraz to balast z którego z zasady rezygnuję, zwłaszcza że zawsze mam do dźwigania wodę, miskę, lejek (a jak!), pieluchę i z tymi 3kg muszę za sunią nadążyć. Poniedziałek to także ósmy dzień zaobserwowanej cieczki, więc generalnie/ teoretycznie wkraczamy w okres dużego, namolnego, nieskrępowanego i niepohamowanego popędu samczych czworonogów. Mo i bez cieczki dla większości psiaków jest "pożądanym obiektem uciech cielesnych", stąd miewam oczy dookoła głowy, a zmysły wyostrzone jak u myśliwego siedzącego na zasadzce po zażyciu niedozwolonych środków. Przyjemne powietrze, spokój i moja chęć nie stanowienia brony do ciągnięcia przez las, sprawiła, że gdy tylko oddaliliśmy się od drogi Mo została pozbawiona smyczy. To znaczy ja zostałem ze smyczą, a Mo w swoich modnych fioletowych szelkach samodzielnie wkroczyła w ostępy. Uwielbiam patrzeć, gdy się zachwyca otoczeniem, jak węszy w ściółce, na nowo odkrywa ścieżki, góry i doły. Zostaliśmy zauroczeni klimatem dawno nieodwiedzanego lasu. Pomaszerowaliśmy dalej. Mo pomaszerowała, ja zwykle na starcie mam udzielone wspaniałomyślnie fory i mogę li tylko truchtać. Potem przechodzimy w regularny bieg, któremu załamania terenu, strome wspinaczki i skoki przez zwalone drwa nadają tylko esencji, bo o zmniejszeniu tempa przemieszczania nie ma mowy.
    Telefon wyświetla kwadrans po dziewiątej. Zostały nam już tylko trzy przed zapadnięciem całkowitego mroku. Niby niebo dziś czyste, łysy spory, ale w lasach liściastych to tylko tapeta, nie zmieniająca istoty rzeczy. Mo oddala się w lewo, w głębokiej dolinie, którą eksplorowaliśmy zimą, jest źródełko i często odwiedzane (bo niezawodnie mokre) żerowisko dzików. W uszach brzmi jednostajna cisza, przerywana trzaskiem patyków i szeleszczących liści rozrzucanych przez biegnącą moją cudną sunię. Potem nastaje wymowna cisza. "Węszy i się zaciąga", pomyślałem dokładnie tak, jak uspakajam w tym miejscu małżonkę, bo psiny ani widu, ani słychu. Zatem liczę w myślach: jeden - dwa - trzy ... i tak do dwudziestu, by przywołać słodki pyszczek. - Mooo!!! W odpowiedzi słyszę tętent wspierany przez miażdżoną zieleń. Rozdziawiona szczęśliwa paszcza, plus umorusane błotem poltachy to znak, że biegniemy dalej. Jak w niezawodnym zegarku. To powtarzalny proces: Mo potrzebuje do pół minuty aby zrobić nalot, rozpocząć przeszukanie, zebrać odciski i dokładnie spenetrować intrygujące ją miejsce. A wierzcie mi, że zwęszy najmniejszy ślad!
    Dlatego też, po wspomnianej chwili wytchnienia, energicznie wspięła się na trzystumetrowe zbocze i dobrotliwie oglądając się czy nadążam, przystawała na chwilkę. Potem pospiesznie obiegła prawym łukiem szczyt i zamarła. Widziałem jak bezszelestnie stawia łapy, jak opuściła linię grzbietu i zaczęła się całkowicie bezgłośnie skradać. Jeszcze tylko przebiegnę te dwadzieścia metrów i może zobaczę o co chodzi. Sarna. Młoda łania na pobliskim zboczu kolejnego wzniesienia. Gdy wreszcie dostrzegłem smukłą parzystokopytną, Mo już wystartowała z pełną prędkością. Towarzyszący ów trzask listowia niczym podczas burzy i prędkość jaką osiągnęła moja podopieczna aż zamurowała tubylczynię. Początkowa set-metrowa odległość stopniała do nastu w czasie między moimi kolejnymi mrugnięciami. - Mo, nie wolno! Zawołałem ale pogoń trwała i ocierała się o skuteczność. Pierwszy raz widziałem jak sarna błądzi zmieszana i zdezorientowana między drzewami, tracąc siły i czas potrzebny do ucieczki. Mo tymczasem zjeżona, wytężająca swój zmysł łowcy, zbliżała się do płowej z dziecinną łatwością, niczym najskuteczniejszy pocisk ziemia-ziemia. Biegnąc co tchu, z ledwością nadążam za przemieszczającą się scenerią dramatu. Okulary korekcyjne zostawiam na czas spaceru (tak to się nazywa!) w aucie i teraz klnę na siebie, bo zaraz stracę psinę z oczu i jej nie wypatrzę, bo jestem krótkowidzem! - Mo! Nie wolno, do mnie! - wyrzucam gdy Morcheeba znika za załomem skarpy. Zapada nieznośna cisza.
    Taaa. Mo wraca od razu, z wywalonym jagodowym jęzorem i oczami mówiącymi tylko jedno: "daj pić Pańcio!" Daliście się nabrać? Ja też, nie pierwszy raz i nie ostatni. Czemu Mo miałaby przerywać zabawę, gdy ją o to nie proszę? Wystarczy powiedzieć i już, czyż nie mam racji? Chwalę za posłuszeństwo, tulę nieprzytomnie i między kolejnymi haustami powietrza po przełajowym sprincie, ściskam małą z radości. Miska zostaje osuszona w czasie niewiele dłuższym niż jej napełnienie. Z walącym sercem i huczącym ciśnieniem w głowie powoli ruszamy dalej. Mo ładnie idzie przy mnie i cierpliwie przyjmuje wszystkie zasłużone pochwały i czułości.
    Zatrzymujemy się na przełęczy - łączce, powoli łapię oddech i ponownie wyciągam miskę, bo Morcheeba niedwuznacznie się oblizuje. Zza górki pojawia się z nikąd natarczywe ujadanie. Kolejne groźne hau, przeplatane dziwnymi jękami i urwanymi warknięciami. Mo strzyże uszami. Pytająco patrzy na mnie i odchodzi na bok. Przystaje, nasłuchuje i rusza. Krzyczę i wołam aby wróciła, ale nic jej nie zatrzymuje. "Znowu to samo" - pomyślałem, dokończyłem nalewać wodę i czekam. Szczeki nie ustają, a dobiegają z przeciwnej strony wzniesienia, niż pobiegła Mo. Obcy pies zawodzi denerwująco i odnoszę wrażenie że ujada coraz zajadlej. Chwila ciszy. Gęsto nadawany szczek rozbrzmiewa ponownie, mniej przyjaźnie, głośniej i wzbogacone o charczenie. Dość żartów. Wylewam wodę, wbiegam na górkę i nie przestaję wołać Mo. Bezskutecznie. Nieprzyjazne szczeki oddalają się, gdzieś nikną i choć w lesie robi się już ciemno (9:40 - 9:50pm) i totalnie bezwietrznie, nie widzę ani Mo, ani ujadacza. Coraz głośniej i bardziej zniecierpliwiony wołam Mo, ale po dotarciu na szczyt zatrzymuję się w głuchej ciszy. Robi się nie fajnie, widoczność mam na pięćdziesiąt metrów, a gdy nasłuchuję nie słyszę totalnie nic. Wołam Mo coraz głośniej, wyraźnie podświadomie nadając wokalizie absolutnie nieudawany niepokój i strach. Minęła już dziesiąta. Biegam to tu, to tam, wdrapując się pospiesznie na górki, by dać szansę wybrzmieć mojemu wołaniu w gęsto upchanych w lesie dolinach. - Mooo! Kwadrans później zlany potem, coraz częściej potykając się o korzenie, których już nie widzę, jestem świadomy, że przebiegłem już 3 - 4 kilometry po okolicy, z miejsca w którym ostatni raz widziałem oddalającą się Mo. Może gdzieś ją przeoczyłem? Wracam na przełęcz, drąc się w niebogłosy, jakby mnie obdzierali ze skóry. Potem po raz kolejny zataczam pętlę, nasłuchując po każdym wołaniu wszelkiego, nawet nieistniejącego szelestu. Niekiedy płonne nadzieje daje mi zbudzony ptak (innym razem wrócę i powyrywam im pióra z...). Niedobrze. Nie mam światła, bez okularów widzę już tylko na dwadzieścia metrów w płaskim terenie, a tego tu praktycznie nie ma. Postanawiam jak najszybciej wrócić do auta, zostawić ciążący i przeszkadzający w biegu bagaż i z okularami wrócić by kontynuować poszukiwania. Z auta zadzwonię do brata, by przywiózł mi żonę i światło z mojej szafy. Myśli przelatują mi przez głowę i wyciskają łzy. Półświadomy nie wiem jak pokonuję dwa kilometry i otwieram bagażnik. Wrzucam torbę i zdejmuję bluzę. Jestem mokry i choć pojawia się zimny przeciąg nawet o tym nie myślę. Muszę jak najszybciej wrócić do lasu! 10:32pm.
  • I znowu cieczka...

    Wydarzenie warte chyba odnotowania: ruda Simonka od wczoraj cieczkuje, a to oznacza, iż prawdopodobnie, w niedalekiej przyszłości zostanie wydana za mąż. Na razie w domu trwają rozmowy i plany związane z tematem oraz kandydatem. Rym-Cym-Cym.

Strona 1 z 4, łącznie 19 wpisów