Wpisy z Sierpień 2009

  • Sierpień, 2009
  • By żyło się lepiej - wszystkim

    Sabotaż
    Z czwartku na piątek kontynuowaliśmy system przespanych nocy. Ostatni spacer wypadł nam po jedenastej, a Mo obudziła się radosna o 5:40. Trochę na miękkich nogach poszliśmy na zasłużone siusiu i kupkę. Papu, trochę figli, a skoro do pracy na 9 to położyliśmy się jeszcze na chwilę. Kochana Mo wie, że jak Pancio i Pancia są wyspani, to i zabawa będzie przednia. Zatem nie budziła nas niepotrzebnie, a żona tylko przez przypadek odkryła, że jest ... 9:08! Uśmiałem się setnie.
    Czy mogę pogłaskać?
    Ochy i Achy, i Ojeje Mo wywołuje w pracy niezawodnie. Wszyscy jednak karnie czekają na szczepienia i niecierpliwie przebierają nóżkami. Dotknąć Mo to jest coś, co ludzie pragną najbardziej. Dumą napawa mnie dodatkowo fakt, że nikomu nie udało się przywołać do siebie małej dziewczynki, bo zawsze przychodziła do mnie. A kuszono na wszystkie sposoby. To taki rytuał na trawniku przy firmie, ja wyprowadzam Mo za potrzebą, a palacze próbują szczęścia, jak mogą.
    323
    Porozumieliśmy się co do spraw bezpieczeństwa podróżowania, ale to jeszcze stan przejściowy. Płynność jazdy opanowałem do perfekcji - żadnych gwałtownych manewrów, przyspieszania i hamowania. Biegi zmieniane są niepostrzeżenie, automat nie ma szans. Mam bowiem do dyspozycji obie ręce i koncentrację po przespanej nocy. Morcheeba zgodnie z umową, spokojna i cicha. Pokonujemy kolejne kilometry i niebawem Mo będzie podróżować tak, jak to sobie obmyśliliśmy - na macie.
    Jedzenie
    Po wyprawce pozostało wspomnienie. Wypracowaliśmy cztery posiłki w stałych odstępach między sobą, przy czym choćby nie wiem co, ostatni jest przed 22. Efekt: Mo pożera kolację w takiej ilości i z taką werwą, że nie wiem jak to się jej mieści. W piątek ważyliśmy 6,5kg. Po kolacji na pewno 250g więcej!
    Ciąć , czy nie ciąć - oto jest pytanie
    Pazurki to temat, który odganiam niczym natrętną muchę, ale wraca do mnie za każdym razem gdy bawimy się na leżąco na podłodze. Po oznakowaniu rąk Wioli postanowiłem ostatecznie zająć się tematem. W zoologicznym mieli przyrządy, przy oglądaniu których moja wyobraźnia zaszalała. Przerażony wizją posługiwania się "sekatorem do ujmowania kończyn" wróciłem do maluszka. A ten - drapie jak drapał. Wyczekałem moment po ululaniu i przystąpiłem z walącym sercem do próby, przy piątych pazurkach na łapach. Tak wysokiego ciśnienia nie miałem od czasów, gdy siedziałem na kominie wysokim na 60 metrów w czasie burzy. Swoją drogą ciekawe uczucie :-P
    Najpierw jeden, potem drugi i jakoś tak poszło. Skróciliśmy wszystkie, które zaczęły wyglądać jak orli dziób. Ciąłem tylko po 1mm, w poprzek pazura zwykłymi cążkami do paznokci. Po przebudzeniu nasza dziewczynka szybko dostrzegła poczyniony manicure i pedicure, za co zostałem wylizany od policzków po czoło.
    Sofa
    A
historia pokaże, że sofa jest lepsza
    Drzemka u siebie
    W dzień służy nam (mi i Wioli) jako miejsce do jedzenia posiłków a także odpoczynku/ oglądania telewizji/ grzebania w sieci. W nocy, po pościeleniu do spania. To ostatni bastion, którego nie zdobyła jeszcze Mo. Prowadzimy bowiem bardzo delikatne negocjacje: w ciągu dnia, gdy i my z niej korzystamy Morcheeba może skorzystać w celu uatrakcyjnienia przyjemnej drzemki. Po pościeleniu o wejściu nie ma mowy. Bomba z opóźnionym zapłonem cyka. Dzisiaj pomaga nam to, że dziewczynka sama tu nie wejdzie - za wysoko, a przy okazji psinka kocha swoje legowisko. Ale za 2 - 3 tygodnie? Balansujemy na bardzo cienkiej linie.

    Read More

  • Zmiany, zmiany, zmiany

    Wykopaliśmy topór i będziemy walczyć o prawidłowy rozkład jazdy.
    Mo się uczy, o co w tym wszystkim chodzi.
    Morcheeba pobiera nauki od panci

    W środę po lekkim wyposzczeniu w pracy, Mo zjadła pięknie późny obiad w domu (około 21). Po spacerze bawiliśmy się do 23. Potem nakazałem spać. Generalnie sobie, bo i Wiola, i Mo miała to za nic. Faktycznie przysnęliśmy po północy. To duży postęp.
    Krok wstecz. O pierwszej obudziła nas Mo piszcząca do pustej miski z jedzeniem. Nie została schowana - moja wina, moja bardzo wielka wina. Wiola się ugięła i to co zostało wsypane zniknęło momentalnie - nie taka wielka wina? Chwilę potem zignorowaliśmy nocny spacer i wycieraczka pod drzwiami przyjęła siusiu. Byłem twardy i zakazałem wyjść (tylko czy słusznie, to się okaże?). Pralkę i tak musimy włączyć, więc z wycieraczką nie ma problemu.
    Do rana błogi spokój. Mnie, aby się wyspać wystarczą ciągiem 4 godziny. O 8 jednak nie mogłem się zwlec. Czyżby odezwały się zaległości?!
    Efekt taki, że na siusiu rano też się spóźniliśmy. Spóźniliśmy, bo nasza kochana sunia dała nam wszystkie znaki, że musi wyjść. Bez słowa sprzeciwu posprzątałem ponownie podłogę przy drzwiach. Żona wyszła z Mo. Efekt - duża kupa jak nigdy dotąd i słodko rozbudzony psiak.
    Nieszczęścia chodzą parami, więc wyjątkowo jechałem dziś do pracy (na szczęście to tylko 13km) z samą Mo z tyłu. Nie obyło się bez pisków i płaczu. Czuję się fatalnie, gdy prowadzę naszą 323 jedną ręką, a druga wisi za fotelem i głaszcze Mo po głowie lub pupie, w zależności jak się usadzi (głaskanie nie jest fatalne, lecz cudne). Fatalne, bo niewygodne i niebezpieczne. Dramatu nie było, dojechaliśmy płynnie, bez ekscesów. Ale: z każdym kolejnym samotnym kilometrem jest nam łatwiej. Powoli, ale miarowo walimy głową w ścianę. Kiedyś runie...
    Długo oczekiwany sukces.
    Mój ulubiony widok
    Odpoczynek Mo

    Po dojechaniu do pracy i wybieganiu na trawie (całe 10minut szaleństwa, które uznałem za niezbędne po samotnej jeździe) jako dumny Pancio stwierdzam zgodnie z obserwacją, początki zmiany kupki. Na razie nie wszystkie kawałki, ale już z mahoniowym odcieniem i twardsze.
    Strach pomyśleć, co się będzie z nami działo, jak dorobimy się dziecka!
    Teraz Morcheeba przykładnie śpi i chrapie donośnie.

    Read More

  • Pozdrowienia z Lemgo

    Napływają już wieści o szczeniętach jak to zaaklimatyzowały się w nowych domach, przychodzą emaile ze zdjęciami, dzwonią telefony. Artur o Morcheebie opowiada mi długo, słuchać mogę go bez końca, pisze o niej tak wspaniale, że chyba już wszystkich czytających bloga zainteresował jak wiedzie się małej Mo. Ponoć będzie ciąg dalszy...


    P. Małgosia i p. Łukasz z Lemgo podesłali mi dzisiaj zdjęcia Ozzy'ego (Mighty Ozzy Bonomiella). Do zdjęć dołączyli krótką relację, którą to pozwalam sobie zacytować:
    Dzisiaj Ozzy skonczyl 2 miesiace (ale tego chyba Pani nie musze mowic ), jak narazie chowa sie bardzo dobrze.
    Apetyt mu dopisuje, z czego sie bardzo cieszymy. Na razie nie ma probelmow z przyzwyczajeniem sie do naszego trybu zycia, tzn. do tego ze obydwoje pracujemy. Wczesnie rano przed wyjciem do pracy, Gosia wychodzi z nim na spacer. W sumie niechetnie rusza sie z lozka. Pozniej ja wstaje (godzine wczesniej niz zazwyczaj) zeby sie z nim troche pobawic. Przed wyjsciem do pracy idziemy jeszcze raz na spacer. Zamiast przerwy obiadowej przychodze do domu zeby wyjsc z nim na spacer i troche sie pobawic. Po 3 godzinach Gosia przychodzi z pracy i Ozzy juz nie jest sam. I tak jakos sie to narazie kreci, mysle ze Ozzy przyzwyczai sie szybko do takiego trybu.
    A ja, ten nawiedzony i zakręcony hodowca cieszę się niewymownie każdą wiadomością o moich szczeniętach.
  • Plac zabaw Mo

    Minęły dwa dni pobytu w nowym domu.
    Generalnie w mieszkanku mała Mo czuje się bezpiecznie i beztrosko. Nie wchodzi jeszcze do łazienki i na przerażający balkon. Największą atrakcją mieszkanka jest za to plac zabaw.

    Pan
Marchewa to dobry duch Morcheeby
    Pan Marchewa
    Pies
z kotem, u nas standardowo ale bez ofiar.
    Pies kontra kot
    Gryzienie na tym
etapie to meritum zabawy
    Dbanie o zgryz
    Staramy się
nadążyć za potrzebami Mo
    Gryzaki do wyboru
    Brakuje tylko błękitnej strzały, bo tu się nie zmieści.
    Kochane od pierwszego spojrzenia










    Są i sznurki, szeleszczący i grzechoczący kwiatek, Kot-poducha no i niezłomny Pan Marchewa. Do tego dwa komplety naszych rąk i wszystkie pomysły, na które wpadniemy, aby uatrakcyjnić czas spędzany wspólnie.
    A ponieważ kontynuujemy nieprzespane noce dziś krótko. Poniżej trzy z moich czterech miłości od pierwszego wejrzenia. Trzy, bo błękitna 323 nie mieści się w mieszkanku ;-)
  • Podróż Mo do domu

    Generalnie Morcheeba była niesłychanie spokojna i dzielna. Gratuluję tak wspaniale poprowadzonego maluszka!
    Do Kępna było strasznie, bo i gorąco i stres duży. Musieliśmy się zatrzymać, aby odsapnąć i przewietrzyć auto. Mo była jeszcze mocno przejęta sytuacją, ale ani nie piszczała, ani nie wydawała się załamana. Było po prostu gorąco. Na zewnątrz zmierzyliśmy 30 stopni, więc dużo picia. W grę weszła tylko żółta miseczka.
    Troszkę schłodzona z uspokojonym oddechem, ruszyliśmy dalej w kierunku Ostrowa. Po kilkunastu kilometrach wjechaliśmy w lejący w poziomie deszcz - widoczność do 10m i walący o wszystko grad. Poza zdziwioną mordką przyglądająca się szybom, za którym przestały być widoczne jakiekolwiek obrazki, nie zaobserwowaliśmy żadnego zdenerwowania. Wiola panikowała strasznie, ale po przywołaniu do porządku, przestała denerwować psa. Jechaliśmy więc dalej ale tylko z 40, na więcej nie było mowy, bo na drodze było 7cm wody wymieszane ze świeżo spadłym lodem i nie bardzo było cokolwiek widać. Zrobiło się za to znacznie chłodniej.
    Stres jednak dał za wygraną przed Kaliszem i myszka choć spokojniejsza zwróciła obiad. Postój gdzieś na jakimś małym rynku dobre 20km przed w/w. Chwila spaceru, mnóstwo pieszczot. Kolejne wietrzenie auta i picie. Mo już spokojniejsza. Oddech miarowy, nosek cudnie chłodny i wilgotny. Po wypiciu wody jedziemy dalej.
    Kalisz to mały przełom. Myszka już bardzo spokojnie leży i jeśli w ogóle podnosi główkę, to tylko wówczas, gdy zdarzy się coś dziwnego - zmiana nawierzchni, stanie w korku, bo ruchem kierują policjanci.
    Zatrzymaliśmy się na dłużej. Równiutko skoszona trawa pod McD pozwoliła maluszkowi opróżnić pęcherz i troszkę się wybiegać. Jest jeszcze ciepło (dobre 27 stopni, ale zapada zmierzch i auto staje się przyjemnie ciepłe, ale nie zagotowane.
    Pierwotnie zatrzymaliśmy się przy starym mieście. Ja chciałem zjeść, ale w Pan w Sphinxie, mimo mojego wcześniejszego pytania, czy mogę wejść ze szczeniakiem (na zewnątrz za bardzo wiało), zmienił zdanie i stwierdził, że z psem nie ma mowy. Myślał, że pytam o dziecko?! Byłem już mocno zmęczony, ale zacisnąłem zęby i nie pytałem kelnera, jak na to wpadł, żebym stojąc z miską dla psa, pytać, czy można wejść do restauracji z dzieckiem! Swoją drogą warto wiedzieć, że trzeba pytać, czy dzieci też mogą wejść do knajpy (sic!)
    W McD nikt o maluszka nie pytał, bo nie wchodziliśmy do środka. Było zresztą o wiele przyjemniej na równiutko skoszonej trawce. Za to wielkie oczy i achy i ochy okolicznych autochtonów bezcenne.
    Tu także Mo zakosztowała wody z niebieskiej miseczki. Bez większego zastanowienia i ociągania. Martwię się tylko, że przy żonie Mo się cieszy i uspakaja, a przy mnie opuszcza smutno ogonek i wygląda tęsknie za Pancią.
    Do Konina docieramy w prawie ekspresowym tempie. Puste, kręte drogi pozwoliły mi na chwilę odprężenia i relaksu. Gdzieś po prawej widać olbrzymią ilość piorunów. W aucie chłodno (koło 21 stopni), Mo lekko przysypia z wpół-połkniętym palcem Wioli w paszczy.
    Jest po 11. Mamy dobre 250km do domu i znów robimy postój. Znów przy McD. Równe zadbane trawniki małej Mo wyraźnie przypadły do gustu. Poza siusiu robi także kupkę. Tu także przełamujemy z córcią lody. Karma podana na mojej ręce, lekko zwilżona chłodną wodą z termosu bardzo smakuje. Morcheeba wreszcie spokojna, a tatuś pęka z dumy.

    Read More

Strona 3 z 4, łącznie 16 wpisów